Kryminał z zarzutami

28-05-2013, 09:00
Kategoria: 

Kryminał z zarzutami

Dobre, kryminalne skandynawskie kino. Chciałoby się powiedzieć: jak zawsze w ostatnich latach. Dramat z kilkoma zabójstwami w tle, porwanie i rodzinna erozja. Krytycy trochę narzekają na „Hipnotyzera”, że nie trzyma w napięciu przez cały czas, ale takie właśnie jest północne, zimne kino. Ma temperaturę inną niż w Hollywood.

Zacznijmy jednak inaczej niż zwykle, od trailera:

Po zajęciach w sali sportowej ktoś zamordował nauczyciela WF, a niedługo później prawie całą jego rodzinę. Ocalał jedynie syn, który trafia do szpitala. Czyż to dziecko nie wymaga opieki…? Hmmm…

Fot. Hip1

Prowadzący śledztwo w sprawie wielokrotnego morderstwa komisarz Joona Linna (też myślałem, po zapowiedziach, że to będzie przystojna blondyna, ale to niestety facet; dobry w tej roli Tobias Zilliacus), postanawia sięgnąć po niekonwencjonalną metodę przesłuchania ocalałego świadka, który znajduje się w stanie śpiączki – hipnozę.

Hipnotyzerem jest Mikael Persbrandt. Grana przez niego postać Erika Barka ma w sobie jednocześnie fascynujące ciepło i przerażającą grozę; są momenty, kiedy można by nawet sądzić, że to on stanie się głównym podejrzanym…

Fot. Hip3

I jest jeszcze jedna postać dramatu, żona Erika, Simone, grana przez Lenę Olin, prywatnie żonę reżysera „Hipnotyzera” – Lasse Hallströma.

Fot. Hip2

Dobrze, dosyć już tych słodkich fotek: znamy wszystkie osoby dramatu. W tym filmie fascynująca jest nie tylko struktura samego kryminału – coraz głębiej zaczyna nas interesować rozpadające się małżeństwo Erika i Simone, coraz mocniej sięgamy w sferę emocji, które towarzyszą obojgu. Rozkołysali własną łódkę życia zdradami, chorobami, prochami, niedowierzaniem, brakiem zaufania i miłości. Ale próbują „coś z tym zrobić”, ona – żądając przerwy, odpoczynku od męża, on – uciekając w środki nasenne i pracę.

„Hipnotyzer” ma kilka płaszczyzn. Jest rozdzierająca samotność w rodzinie Barków i jest samotność komisarza Linny, zakrywana pracą, pośpiesznie zjadanymi fastfoodami, próbami zaprzyjaźnienia się z kimkolwiek. Jest wątek kryminalnego śledztwa, najmniej równy, szarpany, czasami bez emocji, a czasami wbijający w fotel, gdy widzimy włamanie do domu Barków albo gdy obserwujemy kończące film najbardziej dramatyczne sceny.

Ale sam proces dochodzenia do prawdy nie wciąga nas, nie czujemy się jak na seansie kryminalnego kina, lecz w środku ciężkiego, psychologicznego dramatu. Pojawiają się tajemnicze wątki z przeszłości Erika, pojawia się siostra młodzieńca, który dochodzi do siebie w szpitalu, pojawia się ktoś jeszcze…

TU PACZ! „Hipnotyzer” to kryminał z zarzutami. Nie spełnia wymagań stawianych dreszczowcom. Nie wciąga nas intryga zbrodni, bo częściej widzimy rodzinę, która nie ma z nią nic wspólnego. I co niestety najsmutniejsze – nie odnosimy satysfakcji widząc sceny hipnozy, w moim przekonaniu niedostatecznie wykorzystane w dziele Hallströma. Wydawałoby się, że to może być najbardziej fascynujący motyw tego filmu: ile informacji i w jaki sposób można uzyskać dzięki metodzie hipnozy, do jakiego stanu da się doprowadzić świadka, by poznać przebieg i tło wydarzeń?

Tu – niedosyt. Hipnotyzer hipnotyzuje słabo, nie czujemy, by i nas usypiały jego słowa… odliczamy od pięciu… pięć… cztery… trzy… Może dlatego, że odlicza po szwedzku, a ten język jako żywo nie ma mocy usypiającej?

Tak czy siak, jesteśmy w centrum wydarzeń, choć nie mamy poczucia, że kryminał toczy się wartko. Szybciej działa huśtawka nastrojów Simone, z większym animuszem radzi sobie komisarz Joona Linna na kolacji z lekarką niż z prowadzeniem śledztwa, a zestaw jego kolegów z pracy i przełożonych wydaje mi się dość groteskowy. Dokładnie tak samo, jak jedna z końcowych scen, gdy Linna zamiast czekać na wsparcie udaje się do walki z wrogiem wespół z Erikiem i Simone. Mało to profesjonalne, mało wiarygodne, choć istotne dla dramaturgii.

Czy więc warto obejrzeć? Moim zdaniem, mimo braków, tak! Nie ma nudy, ponieważ niedostatki kryminału pokrywa nam wątek dramatu rodzinnego. Są dobrzy aktorzy i jak zawsze niezawodne skandynawskie zdjęcia. Tylko oni potrafią pokazywać swój zimny świat w taki sposób, że siedząc w ostatnim rzędzie sali kinowej mimowolnie zakładamy rękawiczki, nawet w obliczu gorących wydarzeń. Piękne ujęcia, mroczne, zimne, fascynujące.

Takie kino lubię.

Do góry