Korporacja? Nigdy w życiu!

14-05-2013, 12:58
Kategoria: 

Korporacja? Nigdy w życiu!

Zaczytałem się. Portal gazeta.pl publikuje teksty młodych ludzi z korporacji. Tych, którzy nie wytrzymują ciśnienia i tych, którym to się jeszcze udaje. Nieliczni, którzy uciekli, sami siebie pytają – dlaczego tkwiłem w tym g… tak długo?

Jesteś cyborgiem, robotem, nie człowiekiem. Musisz ustawić się w równym rzędzie równych ludzi, wykonywać powtarzające się czynności pod stałą presją – szybciej, szybciej, więcej, więcej – i znikąd nie dostaniesz pomocy. Musisz być 24h pod telefonem i mailem, umieć paść i powstać w jednej chwili, wejść w rytm, spędzić w rytmie 72 godziny, zresetować się przez godzinę i wstać z uśmiechem na twarzy, pytając – co jeszcze powinienem  zrobić, na kiedy?

Wariackie zasady przestały jednak obowiązywać wyłącznie w wielkich firmach, przesiąkają do średnich i małych, które na siłę chcą się upodobnić do korpochy. Prezes jednej z nich kazał wyciąć drzewa i zlikwidować ławki przed budynkiem – teren zabetonował, zrobił parking, a pracownikom powiedział, że to dla ich dobra. Drzewa i ławeczki rozpraszają uwagę. W innej firmie wyrzucono wszystkie kwiaty, plakaty, obrazy i rysunki ze ścian, zostawiając upiorną, gołą biel. Powód ten sam: konieczność skoncentrowania uwagi na pracy.

Firma, która nigdy nie była korporacją, po zmianie zarządu na zarząd światły i przesycony korporacyjnym doświadczeniem, zlikwidowała wszystkie pokoje, stworzyła wielkie, martwe openspejsy, wprowadziła śluzy pomiędzy piętrami, elektroniczne bramki w każdym wejściu (przedtem był uśmiechnięty Pan Stanisław), wyliczyła precyzyjnie wielkość przysługującego personelowi metrażu i powietrza, zlikwidowała każdy przedmiot, który nadaje wnętrzom ludzki kształt.

Wprowadzono korpozasady, minutowe systemy wejść i wyjść kontrolowanych, nawet sikanie odliczają od efektywnego czasu pracy, zamknięto dostęp do większości stron internetowych, zaczęto kontrolować pocztę, montować kamery, podsłuchy, budować sztuczne zapory między kierownikami i personelem, organizować martwe wyścigi wydajności pracy i „konkursy na pomysł jak poprawić wszystko”. Nakazami zlikwidowano każdą potencjalną minutę przestoju: pracownicy ślepo gapią się w monitory swoich komputerów, bo choćby nie było co robić, trzeba przy nich siedzieć. Zniknął wcześniejszy luz, wspólnota.

Efekt? Ludzie z korporacyjnego getta przestali z sobą rozmawiać, podzielili się na biurokratyczne zespoły, które komunikują między sobą w intranecie, nie ma przyjaźni, relacji innych niż służbowe, nie ma chemii – są tabele Excela i wykresy wydajności pracowniczej, są ucieczki w choroby i do świętego spokoju, są gazetki wewnętrzne, których nikt nie czyta i realne problemy marki, którymi nikt prawdziwie nie żyje. Z wszystkich uczyniono trybiki działające w systemie odtąd-dotąd, pozbawione inwencji, kreatywności. W niecałe dwa lata przez firmę przewaliły się tabuny coraz to nowszych, młodszych i tańszych specjalistów. Wszystko jest świetne, poza… wynikami. Te są gorsze niż były, ale zarząd mówi – trudny czas przejściowy, wyniki będą.

Będą, będą, tyle że marka już nie będzie taka sama.

W tekstach gazety o ludziach z korporacji optymistyczne jest to, że ktoś je może czyta, ktoś może wytwarza po nich w sobie wewnętrzną refleksję: kurcze, może jednak trzeba inaczej? Może zabrnęliśmy w ślepy zaułek? Może wróćmy do kwiatów w pokoju, do ścian, do pracy z komputerem na trawniku, jeśli komuś to pasuje, do wspólnego parzenia kawy w kuchni i rozmów, z których coś wynika i buduje się z nich jakaś prawdziwa wartość? Zyski będą, zawsze przychodzą, tylko innym, mniejszym kosztem. 

Do góry