Efekty uboczne

02-05-2013, 09:00
Kategoria: 

Efekty uboczne

Czy istnieje pigułka na wszystko? Na stres, na depresję, na niepowodzenia życiowe, na kłopoty, na recesję w gospodarce i ciężką pracę na kilku etatach? Nie istnieje. Dlatego powstają takie filmy, jak „Panaceum”.

Majówkę mam lokalną i zapracowaną, wczorajszym prezentem na 1 Maja był seans filmowy w pustawym Cinema City (przy takiej frekwencji pójdą z torbami, zobaczycie) i wieczorna żenada Barcelony (z taką grą tym bardziej pójdą z torbami!). „Panaceum” zapowiadało się nieźle i taką też zyskuje moją ocenę – niezłe kino, choć autorzy scenariusza robią wszystko, żeby nam zagmatwać i odbiór filmu, i jego klimat.

Fot. Pan3

Zaczyna się dobrze, bardzo dobrze nawet. Emily (przekonująca Rooney Mara) odbiera męża z więzienia. Mąż jest jedną z ofiar kryzysu, odsiedział cztery lata za machlojki giełdowe, wraca do normalnego świata i planuje się odkuć, ma tylko jeden problem – psychicznie słabą żonę. Żonę w depresji totalnej.

Próba samobójcza Emily (uderzenie autem w ścianę – pomysł dobry wizualnie, ale nieskuteczny formalnie) pozwala jej poznać psychiatrę, doktora Banksa. Gra go Jude Law i do pewnego momentu, póki z lekarza-powiernika nie przeistoczy się w śledczego, robi to bardzo wiarygodnie. Jedną z wcześniejszych specjalistek, u których leczyła się Emily, jest dr Victoria Siebert, doskonale pokazana przez Catherine Zeta-Jones. Ma to znaczenie, ponieważ obie panie z każdą chwilą mają w tym filmie coraz bardziej znaczącą rolę.

Fot. Pan4

Banks podaje swojej pacjentce różne lekarstwa: działają słabo, nieskutecznie. Aż wreszcie Emily poznaje lek niemal doskonały, właśnie pigułkę na wszystko. I wszystko jej się udaje: małżeński seks, uśmiech, chęć do życia. Niestety, jako się rzekło na starcie, stuprocentowo skuteczna pigułka na wszystkie problemy jeszcze nie powstała. Każde lekarstwo ma jakieś skutki uboczne. To, które wzięła Emily, ma skutek tragiczny…

Ten film jest dobry tak długo, jak długo scenariusz prowadzi nas przez mroki domowego życia, relacji pacjentki z lekarzem, jak długo wkradamy się w chorobę Emily, widzimy jej skutki dla niej samej i dla otoczenia. Pojawia się test nowego lekarstwa, pojawiają się pierwsze problemy, zaczyna się gmatwać sama akcja – jeszcze ją ogarniamy, ale coraz słabiej, słabiej, słabiej…

Kto z kim gra, kto jest winny, a kto jest ofiarą, kto symuluje, który lek działa, który ma skutki uboczne? Reżyser Steven Soderbergh razem ze scenarzystą Scottem Z. Burnsem z każdą minutą wpadają w manierę komplikowania wydarzeń ponad miarę i z filmu robi się amerykański komiks. Mamy więc walkę z przemysłem farmaceutycznym, mamy wojnę wewnątrz korporacji, bitwę sądową, sceny z życia więziennego psychiatryka, mamy odrobinę kina policyjnego – nie mamy jedynie zainteresowania widza, którego nadmiar wydarzeń zwyczajnie zaczyna męczyć.

Zrzędzę trochę, bo film najpierw wciąga i zaraz potem nuży, a to w kinie jest najgorsze. Nie lubię naciąganej fabuły – Emily z poziomu graficzki w agencji reklamowej staje się omalże największym specem od inwestycji giełdowych w USA, żona Banksa zostawia go, bo otrzymuje banalne fotografie, na których mąż siedzi w fotelu obok swojej pacjentki, a na innych – pacjentka na łóżku. Nie lubię też filmowych schematów: niemal natychmiast, gdy tylko bohaterowi filmu powinęła się noga, odwraca się od niego dwoje wspólników i spadają nań wszystkie biznesowe plagi egipskie – ale to i tak lepiej niż u nas w „Układzie zamkniętym”, bo tam jeszcze zostałby zgwałcony w więzieniu i zaliczyłby ze dwie próby samobójcze. Wszystko, byleby udowodnić, że thriller to musi być thriller. Jak się wali, to się wali.

TU PACZ! „Panaceum” nieco rozczarowuje, ale w wolne dni można bezkarnie popatrzeć na takie filmy. Zeta-Jones całująca się z drugą kobietą, Jude Law targany emocjami, dobre zdjęcia w pastelowych tonacjach, dyskretna muzyka, udana, wiarygodna rola Rooney Mary… czego chcieć więcej?

Mnie się marzył bardziej dramat psychologiczny niż thriller, nie wyszło. Miałem nadzieję, że linia „dramatu domowego zacisza” zostanie pociągnięta konsekwentniej, mocniej – zawiodłem się. Wiedziałem, że autor scenariusza i reżyser będą chcieli udowodnić, że można zakałapućkać wszystko – nie zawiodłem się.

No i znów się przekonałem, że pigułka na wszystko nie istnieje. Szkoda: powstaną o niej kolejne takie filmy.

Zwiastun „Panaceum” jest całkiem udany. I lekko mylący…

Do góry