The Dorsz 2 w Aїoli Żakowskiego

17-05-2013, 09:00
Kategoria: 

The Dorsz 2 w Aїoli Żakowskiego

Maciek Żakowski zachęcił mnie do odwiedzenia jego restauracji dużym i trochę przekombinowanym wywiadem, którego udzielił portalowi NaTemat.pl. Wydawało mi się, że tworząc restaurację trzeba – inaczej niż on to opisuje – mieć więcej intuicji, serca i misji niż wiedzy marketingowej. No i… Muszę mu oddać część racji.

Aїoli – nazwa sosu czosnkowego o konsystencji i wyglądzie majonezu, popularnego w kuchni śródziemnomorskiej – to dobry wybór na określenie brandu. Proste, krótkie, wpadające w ucho, intrygujące słowo. Pierwszy duży plus. Drugi za prostotę wystroju wnętrz, surowość, celową ekspozycję wszelkich budowlanych bebechów.

Trzeci plus za prostą kartę dań, jasno deklarującą kierunek działania kantyny. Ma to być nieskomplikowane, relatywnie tanie – tak po stronie kosztów produkcji, jak i w cenie dla klienta – a jednocześnie sympatyczne. Ot, miejsce, do którego chce się wyskoczyć na lunch, śniadanie czy pogaduchę po pracy.

I tak tam jest. Nie przeszkadza budowa metra, bo choć wszyscy restauratorzy przy Świętokrzyskiej dostali z tego powodu mocno w plecy, w Aїoli widać, że klientów nie brakuje. Chyba nawet wręcz przeciwnie. ;-)

Ja wpadłem na sandwicza i słoik. Kanapka The Dorsz 2 powinna stać się królową stołecznych kanapek – dawno już nie jadłem czegoś równie prostego, dobrze przyprawionego i w tak ogromnej ilości. Ryba, szpinak (stąd „dwójka” – bo jedynka The Dorszów nie miała szpinaku!), dużo przypraw i warzyw, oliwa, tuż obok mała, ale wystarczająca porcja sałatki, mała porcja frytek (zbędna niespodzianka) i sos aїoli  właśnie. No proszę koleżeństwa: dla mnie bomba.

Tu się zresztą świetnie kłania marketing: nazwa jest trafiona, kilka innych zresztą też…

Fot. ai2

A słoik? Cóż to słoik jest, czymże on – czym? – w restauracji Żakowskiego i jego przyjaciół? To sposób podawania sałatek i słodkości. W słoiku, w słoiczku zasadzie. Mnie wpadła na stół stracciatella, czyste kremowe szaleństwo! Naprawdę doskonałe!

Aїoli: dwa strzały, dwa razy w dziesiątkę.

Fot. ai5

TU PACZ! O tej intuicji jeszcze muszę. I o duszy. Można mieć wielkie pieniądze, biznesplany oparte na najlepszych narzędziach marketingowych, można mieć pomysł, dobrać świetną załogę, ułożyć dobre menu, ale jeśli kantyna nie będzie miała krążącego ponad stołami ducha, jeśli wchodząc poczujesz chłód zamiast gorącej atmosfery, jeśli nie widzisz, że wszystko powstało z pasji – żaden biznes w gastronomii się nie uda.

Na szczęście, w Aїoli czuć to sprzężenie między genius loci i marketingiem. Widać, że im się chce, że jest chemia między restauracją i klientami. Wtedy więcej się wybacza, wtedy częściej chce się wracać. Mnie się to spodobało.

Fot. ai_kolaz

Czy jest na co narzekać? Niuanse. Poszedłbym w ciekawszy wybór piw, bo mainstream butelkowy już mi się po prostu znudził – a w Polsce jest mnóstwo regionalnego, doskonałego piwa. Małą, za małą!, kolekcję win dostrzegłem kątem oka w kącie sali, ale nie dostrzegłem jej w menu; być może trzeba dopytać, a ja nie lubię dopytywać. No i muzyka: świetna, bardzo w moim klimacie, ale kiedy sala dopiero się zapełnia, skala jej głośności rozwala nawet prosty dialog z kelnerem, o rozmowie przez telefon nie było mowy – wyszedłem przed budynek. Pewnie w tłumie dźwięk ginie, ale gdy tłum dopiero się zbliża (widoczne rezerwacje, dobry znak!), zbyt głośna muza po prostu przeszkadza.

Więcej grzechów nie pamiętam. Proszę, żeby następnym razem The Dorsz 2 był tak samo dobry i proszę, żeby bez frytek – zbytek szczęścia, kalorii i sympatii do klienta. A jeśli już, to frytki z kalarepy lub rzepy, na kapeńce oleju. To są dopiero frytki!

Aha! Cenowo: nie zabija, bardzo przytomne ceny, na zwykłą kieszeń stolicy. Mix marketingowy działa, Panie Maćku…  

Do góry