Zamiast kamiennych pomników

04-04-2013, 09:00
Kategoria: 

Zamiast kamiennych pomników

Po śmierci wolę być drzewem niż prochem. I na pewno nie chcę być pokarmem dla robali. I mogą mi zagrać „Wish You Were Here” Pink Floyd, będzie miło wszystkim, ze mną włącznie.

Byłem wczoraj na pogodnym pogrzebie. Wcześniej długo biłbym się z myślami, czy na blogu, wśród lekkich tekstów można pisać o pogrzebach, ale po powrocie z wczorajszych uroczystości już wiem, że można.

Mam pogrzebową traumę od dnia, w którym pochowałem ojca. Boję się pogrzebów, nie potrafię znieść ich atmosfery, przygniatającego bólu, który widzę i w którym uczestniczę. To jest silniejsze ode mnie, zaciska szczęki, zamyka mi oczy, każe odejść – a przecież nie wypada. Traumatyczne wspomnienia: widok wyjącej matki, głuchy stukot grudek ziemi, zimno, choć był maj. I tłumy przy grobie, i cisza jakaś we wszystkich nas, i jakiś kompletny brak zrozumienia – dlaczego? To niemożliwe!

Więc: nie bywam na pogrzebach, staram się nie bywać, ale czasami trzeba. Może ominęły mnie jakieś wspaniałe okazje, by pozbyć się bolesnych śladów z pamięci, może potrafiłbym się oswoić, nie wiem. Ale to, co wydarzyło się wczoraj, przewróciło moje myślenie o ostatniej drodze. Może być pogodna, pozbawiona druzgocących emocji!

Starsza pani, ciotka, prosiła, by po śmierci skremować jej ciało. Urna z prochami stanęła pośród kwiatów, był ksiądz, było wzruszenie, ale… Może to zbiorowa iluzja, może tylko skutek pierwszego dla wielu zetknięcia się z taką formą pochówku – WSZYSCY mieli to samo wrażenie: lekkości wspólnego cierpienia.

Bez ostatniego dotyku, bez ostatnich spojrzeń, bez zamykania wieka, bez odgłosów spadającej ziemi. Cicha, dostojna, spokojna uroczystość. Napisałem – pogodna, bo właśnie taka była. Pozwoliła nam wszystkim zapamiętać zmarłą według obrazów ostatniego z nią kontaktu: gdy żyła.

Kremacja zwłok to zwyczaj, który się upowszechnia coraz mocniej. Prawdziwa realizacja przesłania „z prochu – w proch”. Jeszcze bez prawnych możliwości rozrzucenia człowieczego pyłu nad wodą, jeszcze bez szans na zachowanie urny w domu czy pochówek we własnym ogrodzie, ale już z większą godnością niż wydawanie ciała na żer robalom i okładania kości granitem.

Są rozwiązania idące jeszcze dalej. Zakopywane w gruncie biodegradowalne urny, w których rośnie sadzonka drzewa, to jeden z tych kierunków „sztuki funeralnej”, któremu gorąco sprzyjam. Tak, chciałbym po własnej śmierci być drzewem, które czerpie siłę wzrostu między innymi z mojego prochu. Zostać wielką brzozą w parku pośród innych brzóz – członków mojej rodziny…

Czyż to nie piękne? Drzewa zamiast kamiennych pomników, ekologiczny pożytek ostatniej drogi, las zamiast cmentarza, nowe życie w zastępstwie śmierci.

Fot. Napulpit

Fot. Igor Zenin, NaPulpit.com

Do góry