Starość też radość!

20-04-2013, 09:00
Kategoria: 

Starość też radość!

Zaraz… o czym to ja miałem…? A! O filmie! Przemiłym. Ciepłym. Jesiennym w tonacji kolorów i jesiennym tematycznie. O pierwszym filmie w reżyserii Dustina Hoffmana – filmie o urokach starości, przekwitania, zapominania. O filmie pod tytułem… zaraz… jaki to był tytuł… nie pamiętam… Jakoś tak… Kwadrat?

Kwartet! Tytuł mu było „Kwartet”! Jak człowiek skończy siedemdziesiątkę czy, tak jak ja, osiemdziesiątkę, to ma prawo zapominać o wszystkim i wszystko…

Fot. Kwa5

Więc to był „Kwartet”. Nie strzelają się. Nie biją po szczękach. Nie wysadzają pociągów, autobusów ani nawet nie gonią terrorystów. Oni tam nic nie robią, choć dni mają wypełnione zajęciami: ćwiczą. Grają. Jesteśmy w domu spokojnej starości, luksusowym domu dla bardzo starych i sławnych muzyków, śpiewaków operowych, dyrygentów i reżyserów. Rzecz się dzieje… się dzieje… w tej, no…. jezusmaria… przecież pamiętałem!

W Anglii! Rzecz dzieje się w Anglii, w przecudnych plenerach, namalowanych niezwykłymi kolorami jesieni, w wielkim pałacu na prowincji, starym jak świat, chyba starszym niż mieszkający w nim rezydenci. Średnia wieku 75+, ale średnia poczucia humoru: 1000+! Bo oni wszyscy doskonale się bawią, potrafią pięknie się spierać w czasie prób, potrafią jeszcze piękniej grać (cóż za muzyczna uczta!) i naturalnie: potrafią anielsko śpiewać! Mają ten, no… wyleciało mi…

Fot. Kwa2

Talent! Mają talent! Ich twarze pokryte są tysiącem zmarszczek, ich głosy nie brzmią już tak, jak dawniej, gubią wysokie tony (co za niefart!), ale w dalszym ciągu mają w sobie wielką życiową energię. Wilf Bond (w tej roli doskonały Billy Connolly) ciągle rwie wszystko, co ma krągłe piersi, nawet jeśli należą do jego rówieśnicy Cissy (Pauline Collins) i nawet, jeśli są ozdobą ciała szefowej  pensjonatu, Lucy Cogan, lub pielęgniarek z Polski. Wilf czasem pociąga z dostarczanej mu ukradkiem butelczyny, często też podnosi na duchu swojego przyjaciela Reginalda Pageta (świetny, ciepły Tom Courtenay), a musi to robić szczególnie wtedy, gdy do pensjonatu przyjeżdża… ta… jak jej było… Laura?... nie… jakoś tak… Letitia…?

Jean! Jean Horton! Wiedziałem, że sobie przypomnę! Więc przyjeżdża Jean, grana przez znakomitą Maggie Smith, a Jean, proszę państwa, to była jeszcze całkiem niedawno… ho, ho! Za moich czasów! Ho ho ho! Pierwsza diva. No i niby nic się nie dzieje, Jean i Reggie byli kiedyś parą, a wspólnie z Wilfem i Cissy tworzyli w latach własnej świetności niezapomniany kwartet śpiewaczy. Ciągle żyją wspomnieniami wspólnego „Rigoletta”, ciągle wracają do dawnych lat, ćwiczą… zaraz… dlaczego oni ćwiczą…?

Fot. Kwa4

Mam! Koncert! Będzie wielki koncert charytatywny, od którego zależą finansowe losy ich domu. Jeśli ponownie wystąpią we czworo, będzie hit, będą datki! Gdzieś pomiędzy tymi ćwiczeniami wracają nie tylko stare wspomnienia, ale i pretensje, urazy, wraca także… ta… jak jej tam… no ta…

Miłość! Wraca miłość! I nic więcej nie powiem!

Fot. Kwa3

Hoffman nakręcił film o aktywnej dojrzałości. O niepoddawaniu się. O radości życia za wszelką cenę – do końca. To jego reżyserski debiut: wziął na tapetę przemijanie, jako wątek nad wyraz trudny, bo starość potrafi być dramatyczna, starość łatwo jest ośmieszyć, przejaskrawić, zbanalizować. Jak zrobić film o muzykach, którzy nie słuchają rapu, nie wiedzą co to rap – ba, nie potrafią rapować?! Po drugie, tematem jest proza życia. Żadne wielkie sprawy, wielkie namiętności, to wszystko już jest za bohaterami, których pokazał, to już ich przeszłość… No i masz… w takich momentach zawsze coś takiego pisałem… to było jakoś tak… A kuku…? Nieeee… Achtung!? Nie… jakoś tak… Halo?!

TU PACZ! Zawsze pisałem TU PACZ! Ten film to hołd złożony starym twórcom, ich dziełu, ich życiu. Ten film to także wielka pochwała miłości, która nie przemija, która zawsze ma szansę się odrodzić. To również ukłon pod adresem kina nostalgicznego, spokojnego, operującego delikatnymi ruchami kamery. To także film dla wielbicieli subtelnego poczucia humoru, niuansów w dialogach i mimice, elegancji poruszania się, gracji. I kolorów, bo „Kwartet” jest przecudny kolorystycznie. Choć jesienny.

Reasumując… yyyyy… zapomniałem… no sorry… co reasumując?

Aha! Nie pożałujesz! Reasumując – nie pożałujesz, zwłaszcza, jeśli masz już 80 lat i więcej. Ale  pamiętaj – do sali kinowej idziemy prościuteńko z toalety, dajemy bilet ładnej pani – nie, nie klepiemy jej po pupci, w naszym wieku już jednak nie wypada – i potem siadamy w fotelu i nie zasypiamy, i nie czekamy na standardową garść tabletek, tylko patrzymy przed siebie i ten… no… oglądamy… oglądamy…

Film! „Kwartet”! Oglądamy „Kwartet”!

Zwiastun:

Tagi: 
Do góry