To nie film, to wilgotny kapiszon. Szkoda czasu na Spring Breakers.

06-04-2013, 09:00
Kategoria: 

To nie film, to wilgotny kapiszon. Szkoda czasu na Spring Breakers.

Miał być dramat, moralitet, próba refleksji nad degeneracją całych grup społecznych, miał być portret upadłego moralnie pokolenia. Co wyszło? Przedłużony, nakręcony w manierze MTV nudny teledysk dla pryszczatych gimnazjalistek, podniecających się kopulacyjnym ruchem męskich bioder i symulacją seksu oralnego przy pomocy lodów marki Twister. Beznadzieja.

„Spring Breakers” reklamowano hasłem To nie film, to petarda! – opinią Urszuli Lipińskiej ze Stopklatki. Nie wiem czy recenzentka była kiedykolwiek na meczu piłkarskim, jeśli nie, to warto zajrzeć: tam najdobitniej można się poznać znaczenie słowa „petarda”. To, z czym mamy do czynienia w filmie Harmony’ego Korine’a, to zaledwie przemoczony kapiszon. Lekki, głupawy strzał na wiwat, podkręcony sprytną kampanią promocyjną.

Banalna historia czterech nastoletnich uczennic koledżu, które wyrwały się na Florydę w poszukiwaniu mocnych wrażeń – alkoholu, seksu, dragów, nowych znajomości i emocji – ani przez moment widza nie wciąga. Widzimy za to jak młode dziunie porywa wir wolności (ech, wyrwać się z małomiasteczkowej senności! – to stereotyp obecny niemal w każdym filmie o dojrzewaniu), widzimy jak wchodzą na kolejne poziomy gry wideo i smakują dzikiej popkultury, obserwujemy jak dochodzą do granicy, za którą pojawia się przestępstwo, perwersja, żądza (niepotrzebne skreślić), ale przecież to także już było.

Wszystko już było, łącznie ze stylem filmowania, który miał wyróżnić ten film. To MTV z najgorszych swoich lat, w półtoragodzinnej wersji. Sieczka kolorystyczno-muzyczna, w której numerem jeden jest Britney Spears, a demoniczny James Franco udaje gangsta-rapera, szczerząc pozłacane zęby i jednym palcem wystukując melodię na fortepianie.

Fot. Spring_kolaz

Być może Korine usiłuje kpić ze świata popkultury. Być może pragnie nami wstrząsnąć, stawiając pytania w rodzaju: Dokąd nas to zaprowadzi? Być może chce nam przekazać jakąś ważną wiadomość na temat stanu cywilizacji – szlag by trafił: nie wiem jaką? Nie wiem, ponieważ nie znajduję w tym filmie kompletnie żadnej nowości, nuty zwątpienia, ani żadnego dylematu, sporu i wyzwania, przed którym nie stanęłoby wcześniej światowe kino.

Recenzenci piszą tymczasem: „Wyszedłem z kina na klęczkach”, „Bez wątpienia jeden z najważniejszych filmów tego roku”, „Rewelacyjny, kipiący energią, pulsujący muzyka pop-poemat”… Ja wyszedłem z kina na wyprostowanych nogach, ziewając, ale to może dlatego, że nikt mi za pisanie panegiryków nie płaci.

Jest w tym filmie kilka momentów godnych uwagi, ale to za mało, by mówić o sukcesie. Scena, w której dwie  bohaterki używając pistoletów na wodę i młotka terroryzują klientów prowincjonalnego baru – pokazana z perspektywy samochodu objeżdżającego bar dookoła – jest właśnie jedną z takich chwil. Ale to za mało, to nie jest petarda, to może być co najwyżej nasz tytułowy kapiszon.

TU PACZ! Podobno reżyser „Spring Breakers” nieustannie „gra z widzem”. Tak przynajmniej twierdzą co bardziej egzaltowane recenzentki. Być może gra, trudno to zauważyć, ponieważ film ogląda się jak sieczkarnię: dużo młócenia kolorów, dużo cięć i fruwających w powietrzu majtek, banknotów, cycków i białych ścieżek, ale nuda aż się z ekranu wylewa.

Jedynym prawdziwie pozytywnym elementem filmu jest ścieżka dźwiękowa. Stare „poniemieckie” techno przeplata się z elektropopem, garażowe gitary mieszają z housem, brudny rap ściera z popowymi dźwiękami. Świetny jest ten muzyczny kolaż, zawdzięczamy go Cliffowi Martinezowi i Skrillexowi. Film zatem nadaje się raczej do posłuchania niż oglądania, ale zdaje się w sztuce filmowej nie całkiem o to chodzi.

Reasumując: odradzam. Szkoda czasu i kasy.

Zwiastun kapiszona:

Tagi: 
Do góry