ANTYHOLIZM: naga prawda

02-04-2013, 09:00
Kategoria: 

ANTYHOLIZM: naga prawda

Eureka! Można żyć z dala od wszystkiego, co dotychczas wydawało się ważne. Można gadać o niczym, śmiać się przy okazji robienia głupich min przed aparatem fotograficznym w komórce, łazić bez sensu i jeździć bez sensu! I – okazuje się – akurat to wszystko ma sens!

Błogosławione niech będą najgorsze zimowe święta wiosenne mojego życia… Zawsze było jakoś: albo daleki wyjazd, albo wielkie rodzinne obżarstwo, albo długie spacery, bo pogoda aż się napraszała, albo telewizja… A tym razem NIC!

Przytyłem raptem kilogram, choć myślałem, że będzie dużo gorzej. Pojeździłem po lasach i przeszedłem kilka razy wzdłuż brzegu morza i oszalałych mew, z których każda używa teraz kijków do nordic walking. Prawie nie włączałem telewizora, a jeśli już, to z uczuciem nieugiętej wyższości nad jego magnetyczną siłą przyciągania. W sieci śledziłem raptem trzy profile newsowe, wypatrując wojny pomiędzy dwiema Koreami. Nikogo nie oblałem wodą. Nikomu nie zrobiłem primaaprilisowego kawału, bo każdy był czujny jak ważka. Nie upiłem się. Nie jarałem. Nie pracowałem. Nie czytałem prawie nic poza gazetami i zaległą książką.

Więc co robiłem?

NIC.

Albo może: nic konkretnego. Nagle – znienacka także dla siebie samego – stałem się radykalnym zwolennikiem ANTYHOLIZMU.

Żadnych nałogów, łącznie z pracą!

Praca była najgorsza, zawsze. Odkąd pamiętam, wciągała, bladź jedna!, niemiłosiernie. Przy każdej okazji. Zawsze miałem wrażenie, że czegoś jeszcze nie zrobiłem, że coś trzeba zrobić, tu Wigilia lub urlop, a ja jeszcze w papierach, już-już- w kompie, jeszcze tylko mała chwileczka. Teraz też – skłamałbym mówiąc, że jest inaczej – zaglądałem do sieci, ale wyłącznie rekreacyjnie. Żeby poczytać, zobaczyć, co w świecie, co z pogodą, co robią inni, czy pada w Apulii i czy warto iść do kina na „Układ zamknięty”.

I nic poza tym.

Dygresja… Rok temu zrobiłem test na pracoholizm. 94 na 100. Precyzyjne, twarde pytania i szczere odpowiedzi. Zrobiłem go ponownie wczoraj w nocy. 32 na 100! Z taką samą szczerością.

Zobacz, jak łatwo i skutecznie można odwrócić priorytety! Oczywiście, byłbym idiotą, gdybym ci teraz wyznał, że praca nie jest ważna, że olewam klientów, spotkania, że mnie cała ta korporacyjno-zawodowa otoczka kompletnie nie interesuje. Interesuje! Ale inaczej. Nie umieram z powodu terminów, nie blokuję się z powodu strategii, której nie udaje się wymyślić, nie zarywam nocy, żeby zrobić projekt lepiej od innych. Nie. Mam swoje tempo, mam swoje zainteresowania, swoje pasje i pomysły na życie – i łączę je z robotą. Wszystko ma swoje miejsce.

Przed dwoma laty wypisałem sobie wszystkie objawy pracoholizmu, pod które podlegałem. Tu je wrzucam dla porządku.

Objawy pracoholizmu:

  • praca pochłania cię tak mocno, że nie dostrzegasz innych sfer życia
  • potrafisz rozmawiać wyłącznie o pracy
  • po pracy nie potrafisz się wyłączyć: nieustannie myślisz o robocie
  • gdy masz dzień wolny lub urlop odczuwasz poczucie winy z powodu, że nie pracujesz
  • codziennie
  • zostajesz po godzinach lub zabierasz pracę do domu
  • pracujesz kosztem snu
  • nie masz czasu dla nikogo: rodziny, przyjaciół, własnego psa, znajomych
  • nie masz czasu na hobby, sport, osobistą pasję
  • kiedy jesteś w pracy nie odczuwasz upływającego czasu
  • praca bardzo cię pochłania, nic nie jest ważne tak, jak ona
  • jeśli masz dzień wolny, nie wiesz czym się zająć
  • sprawy zawodowe zawsze są na pierwszym miejscu
  • obawiasz się iść na urlop, ponieważ twoja nieobecność zaszkodzi firmie
  • nie możesz dopuścić myśli, że w pracy może coś dziać się bez twojej kontroli, wydaje ci się, że twoja nieustanna obecność jest wręcz konieczna
  • twoje życie to nieustanny pośpiech
  • nie lubisz przekazywać zadań innym: tylko ty możesz wykonać je prawidłowo
  • nie dotrzymujesz obietnic danych rodzinie czy znajomym, odwołujesz spotkania prywatne
  • jesteś nieustannie aktywny, rzadko miewasz czas wolny
  • jeśli przebywasz poza firmą robisz wszystko by nie tracić z nią kontaktu, często sprawdzasz połączenia w telefonie, maile, esemesy
  • we wszystkim co robisz dążysz do perfekcjonizmu
  • zadręczasz się myślą, że popełniłeś błąd, masz ogromne wyrzuty sumienia.

Jakkolwiek to zabrzmi: blog jest jedną z form terapii. Serio, taka jest prawda. Piszę o wszystkim, co nie jest związane z bezpośrednim życiem zawodowym. On absorbuje, ale nie zniewala. Wciąga, ale w kategoriach przyjemności: chce się z kimś pogadać, coś powiedzieć od siebie, o sobie (choć o sobie nie jest łatwo). Działa poniekąd trochę jak narkotyk, bo wymusza systematyczność, ale jest to jedno z takich wymuszeń, które potrafią nie być szkodliwe. Są czystą przyjemnością.

Antyholizm to może być wkrótce bardzo modne pojęcie. Nie uzależniać się. Nie pracować ponad miarę. Nie pić, nie palić, nie jeść ponad miarę. Nie marnować kasy bez sensu. Nie ładować się w sytuacje bez wyjścia. Nie seksić się dla samego seksu. Nie robić kariery – dla kariery. Nie zbawiać świata. Nie zbawiać siebie. Szukać prostych, elementarnych zadań, celów i przyjemności. Odłączyć się od wielkiego strumienia. Wyjść z Facebooka i Twittera. Wyskoczyć na moment, na dłużej, na pół życia. I zapomnieć wszystko/Jaka epoka, jaki wiek/Jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień/I jaka godzina./Kończy się/A  jaka zaczyna.

Czas postachurzyć, panie, panowie. 

Do góry