Życia nie da się wystylizować

19-03-2013, 09:00
Kategoria: 

Życia nie da się wystylizować

Kiedy moi koledzy z podstawówki szli nad rzekę zajarać jedną fajkę na trzech, ja biegałem po boisku, bo chciałem być piłkarzem, a piłkarz – myślałem naiwnie – nie pali. Kiedy przyszło mi prowadzić dyskoteki, prowadziłem na trzeźwo, bo taki wydawał mi się etos didżeja, choć wszyscy się z tego śmiali. Kiedy stawałem się pracoholikiem w korporacji, wszyscy bili brawo, bo tak trzeba. Co to jest więc „styl życia”? Robić wszystko tak, jak chcą inni i być z nimi w zgodzie, czy stawać w kontrze i czynić wszystko po swojemu?

Ciuchy z sieciówek czy z małych butików? Buty skąd – krótkie serie czy masówka? Zwykłe bieganie czy fitness? Dalekie podróże do Azji czy plackiem w Międzyzdrojach? Transcendentalne medytacje czy po prostu balety do rana? Kino czy nowa bluzka? Książka czy pazury? Skoda czy Mini? Po bożemu czy po francusku? Jeść mięso czy być wege?

Dżizaskurwaniewiem! Nie ma jednego, obowiązującego stylu życia, a jak się stawia pytania w stylu „co jest lepsze?”, to odpowiedzi może być tyle samo, ilu jest pytających. Albo nawet więcej, jak to u nas.

Nie umiem żyć w postaci konkretnie zdefiniowanej, nie potrafię być zdefiniowany. Ułożony według siebie i własnego planu na siebie. Mógłbym teraz napisać, że nie kupuję niczego w sieciówkach i kreować się na niezależnego freaka, ale przecież kupuję w sieciówkach, choć nie lubię w nich kupować! Tak samo zresztą, jak w małych butikach, bo tam zawsze lecą do mnie z tym obezwładniającym pytaniem: w czym mogę panu pomóc? (Podobnie jest w Sephorze, gdzie już na starcie witam się z paniami i mówię – Dzień dobry, radzę sobie doskonale sam! – A panie na to: – We wszystkim? – i ten ich przelot mnie rozbraja; no, ale one są wyjątkowe.)

Więc może byłoby najlepiej, gdybym powiedział – jest mi dokładnie obojętne, czy kupuję w butikach czy w małych sklepach, bo to nie ma znaczenia, ważne jest CO. I jak wygląda. I jak ja w tym wyglądam. Cała reszta nie ma znaczenia, może być MARKA, może być lumpeks.

Rzecz jasna, (już to pisałem) nie kupuję marek, które robią z Bindelli billboard reklamowy, dając nazwę i logo większe ode mnie. Ale poza tym dawno już doszedłem do wniosku, że zakupy, mody, to tylko wolność  przyzwyczajenia. Nieliczni (i liczne-nieliczne, wiem) potrafią przeskoczyć całe miasto zgodnie z hasłem „co nowego od wczoraj?”, ale większość ludzi chadza schematami. Przyzwyczajamy się do dobrych marek, jeśli spełniły nasze wymagania raz, drugi, piąty – z reguły pozostajemy im wierni. Miałem (i mam) fazę na buty jednej marki. Mam fazę na ten sam gatunek chleba. Włóczę się po setkach knajp, ale i tak, kiedy mam gdzieś zaprosić przyjaciół, idę w znane, sprawdzone miejsca.

Jak wielu facetów: mam słabość do samochodów. Jeździłem większością dostępnych marek, zaczynając od włoskiego fiata ritmo, przez lexusa i volvo, a kończąc na najbrzydszej limuzynie świata, renault latitude. Ale myślisz, że to ma jakieś większe znaczenie? Że poprawia lub ogranicza, definiuje  mój styl życia, kreuje osobowość, podkreśla jakieś cechy? Że niby jeżdżąc wielką terenówką leczyłem  męskie kompleksy, a wsiadając do żółtego fiata coupe – cuda zaprojektowanego przez Pininfarinę – myślałem tylko o liczbie lasek czekających na wyrwanie?

Nie. To tylko auto. Chcesz sprawdzić: jak by się jechało tym, a jak tamtym. To tylko auto, ciuch, mebel, to tylko gadżet, nic więcej. Ma sprawić, że czujesz się dobrze lub lepiej. I spełniać jakieś tam funkcje. Koniec.

To wszystko potwierdza mi jedną regułę: życia nie da się wystylizować. Trzeba je przeżyć aż do bólu istnienia, na całego. Po swojemu. Jeśli ci pasuje gonić za modą, goń, ale nie mów mi, że moda cię określa – wszystko i tak wyłazi na jaw przy pierwszym spotkaniu, pierwszej randce. Inteligencja, zmysłowość, zdolność do prowadzenia fajnej rozmowy, poglądy, pomysły na życie, wiedza o życiu, doświadczenia, aura, poczucie humoru – gdzieś tu raczej szukałbym stylu, możliwości dookreślenia się. Jasne, są jeszcze pojęcia tak ważne, jak umyte włosy, czyste paznokcie, kanty na nogawkach, zapach, wygolone nogi, ale to jedynie oczywistości. Styl jest głębiej.

TU PACZ! Pojadę osobiście teraz! Nie umiem definiować siebie poprzez atrybuty zewnętrzne. Nie działam także w formule „oszałamiające pierwsze wrażenie” – przeciwnie, na początku znajomości zwykle odstraszam i wkurwiam, nie dostosowując się do obowiązujących reguł ą-ę. Wypadam z towarzystwa modnych, wypasionych panów, ponieważ uwielbiam stare buty. Stare CZYSTE I NIEZNISZCZONE buty. Dlaczego? Bo są dopasowane do mnie, bo znają mnie najlepiej. (Wiem, że to nie jest stanowisko kobiece, ale ciągle jeszcze nie jestem kobietą, choć bardzo się staram.) I kiedy myślę, że dla zmiany stylu życia miałbym poświęcić własne życiowe przyzwyczajenia, te nasze małe radości, to stawiam sobie pytanie – a po jaką cholerę? Mam 26 par butów (właśnie policzyłem) i jest mi z nimi dobrze. Każda 27 para musi zasłużyć, żeby ze mną być!

Styl określa się nie tyle powierzchownością, ile stosunkiem do życia. Aktywny kontra pasywny. Dynamiczny kontra wycofany. Twórczy kontra zacofany. Inteligentny kontra polityk. I tak dalej. 

Patrzyłem w minionym tygodniu na dwa zbiorowiska ludzi. (Trzecie zaliczyłem wczoraj u lekarza, z zapaleniem oskrzeli, ale to osobny temat.) Pierwsza grupa to było pół tysiąca obserwatorów pokazu dyplomowego MSKPU, ubranych „na pokaz mody”, rozćwierkanych i przeszczęśliwych (albo to tylko  takie pozory), dyszących radością, a czasem nawet ociekających seksem – nie mam na myśli stylisty J., który ociekał pozorami.

Drugą grupę stanowiły zapłakane pary wychodzące z kina po seansie „Miłości”, jedna po drugiej – szukające chusteczek. Sfilcowane, przemielone przez sztukę i życie, szarobure obydwa. (Aż żal patrzeć, co kino robi z człowiekiem. Ale przecież wiedzieli, na co idą, nie musieli wybierać „Miłości”, mogli kopnąć się na jakieś „Kac Wawy” czy inne „Szklane pułapki”. Przymusu nie ma.)

Gdyby w ten wieczór dokonać cudownej zamiany obu grup – sfilcowani idą na pokaz mody, dyszący  radością wędrują na „Miłość” – nie wydarzyłaby się żadna wtopa. W obu grupach są wrażliwcy i  gruboskórni, mięśniaki i humaniści, debeściary i debeściaki.

Styl życia schowany jest głębiej, w nas. Cała reszta to jedynie miłe didaskalia.

Fot. Justin Maller Digital Art

Do góry