Władza umiera z nienasycenia, widz – z niedosytu. Taki to film.

20-03-2013, 09:00
Kategoria: 

Władza umiera z nienasycenia, widz – z niedosytu. Taki to film.

Polityczny i trochę kryminalny thriller, który ogląda się lekkim okiem, a kino opuszcza z uczuciem pewnego niedosytu. Świetna obsada, doskonały temat, dobrzy aktorzy, nawet nienajgorszy scenariusz, a jednak… Coś zgrzyta. Obejrzałem „Władzę” z zaciekawieniem, choć nie bez żalu do reżysera.

Nowy Jork to nie jest byle jaka mieścina, a jego burmistrz Nicholas Hostetler (grany przez Russella Crowe) to nie jest szpakami karmiony amancik. Dobrze wie, gdzie i jak trzeba nacisnąć, żeby osiągnąć sukces wyborczy i pozostać w fotelu na kolejną kadencję. Wie też, ile znaczy mieć na kogoś haka, który starczy na całe życie…

Inaczej Billy Taggart. Mężczyzna po przejściach. Policjant – grany przez Marka Wahlberga – który samodzielnie wymierza sprawiedliwość na zabójcy-gwałcicielu i choć prywatnie jego czyn podoba się burmistrzowi, musi odejść ze służby. Ma szczęście, że nie został oskarżony o morderstwo… Billy idzie więc do rezerwy, zakłada agencję detektywistyczną i jakoś mu się wiedzie: ma śliczną sekretarkę (polecam urodę i wdzięk Alony Tal!), żonę, która gra w filmach, i raczej brakuje mu pieniędzy (jest nas więcej, Billy!) niż ma ich w nadmiarze.

I nagle fuks! Telefon od burmistrza – przyjedź, pomóż. Burmistrz ma żonę, Cathleen, zagraną doskonale przez Catherinę Zeta-Jones, i konkurenta w wyborach, Jacka Vallianta, którego gra jeden z moich ulubionych i słabo wykorzystanych aktorów, Barry Pepper. Billy inkasuje zaliczkę 25.000 dolarów za dostarczenie dowodów zdrady żony burmistrza. Sprytna ta niewiasta doskonale się kamufluje, właściwie nie wiadomo (aż do przedostatniej sceny) z kim chodzi do łóżka, a Billy ma to wykryć, sfotografować i przynieść zdjęcia burmistrzowi. Jak przyniesie, dostanie drugie 25.000 USD.

Chcę być detektywem w Nowym Jorku! Taka gratyfikacja za kilka zwykłych zdjęć…

Nie będę opowiadał treści, bo fabuła mocno się komplikuje i bywa, że jako widz nadążam za scenariuszem dość średnio, ale jedno nie ulega wątpliwości: Billy Taggart pakuje się w kanał bez wyjścia.

wladza kolaz

Można ten film rozdzielić na kilka plastrów. W części kryminalnej, dochodzeniowej, jest super. Są pościgi, trochę strzelaniny, jest dochodzenie do prawdy, układanie faktów, niuansów i skojarzeń. Dobra kryminalna robota, nieźle pokazana przez twórców filmu. Ale przecież nosi on tytuł „Władza” (w oryginale „Broken City”, dużo głupiej), a tytuł zobowiązuje.

I tu niestety tkwimy w plątaninie schematów. Burmistrz ma lewe interesy, w końcu nie po to jest się u władzy jedną czy dwie kadencje, żeby sobie publicznego dobra odrobinę nie skubnąć, prawda? ;-) Pejzaż polityki, kampanii wyborczej, klimat władzy i ciemnych interesów burmistrza malowany jest jednak dość pokrętnie, sennie, bez demaskatorskiego zacięcia.

Ten film niczego nie odkrywa, nie ujawnia i do niczego nie prowokuje. Bronią go aktorzy, reżyser chyba odrobinę nie nadąża. Mógłby naszkicować ciekawsze postaci obu konkurentów do władzy, mógłby obnażyć więcej, głębiej. Jest kilka zwrotów akcji, ale nie ma klimatu. Miał być kryminał noir, ale wyszła nowojorska szarówka – fakt, całkiem dobrze pokazana.

Brakuje mi w tym obrazie pasji, cynicznych bohaterów, skrajnych emocji, brutalnych reguł gry z pogranicza wielkiej polityki i kryminału. Billy trochę strzela, trochę strzelają do niego, burmistrz odrobinę cwaniaczy, żona zachowuje się jak lisica, konkurent polityczny ma problemy z osobowością i śmiercią przyjaciela, ale także on tonie w powodzi scen, które są nijakie. Jest thriller, brakuje polityki, władzy. Jest miasto, ale nie wiemy dlaczego trzeba je nazywać złamanym, rozbitym. Są lewe interesy, ale tak pogmatwane, że stawiam wódkę komuś, kto objaśni krok po kroku na czym burmistrz chce zrobić dobry interes i jak wygląda prawdziwy schemat tego przekrętu…

Jest film pod tytułem „Władza”, ale nie rozumiemy – dlaczego powstał?

TU PACZ! Co doradzam? Iść czy nie iść? Nie narzekam na film, narzekam na niedosyt po filmie, bo widzę zbiór niewykorzystanych szans. Stare wygi grają dobrze, z głośników dobiega ciekawa, chropowata nowojorska muzyka, kilka świetnych scen, kilka ładnych twarzy, udany pościg… Czego chcieć więcej?

Klimatu, panie. Nastroju. Nerwu. Napięcia. Wbijania w fotel. Gryzienia poręczy. Tego mi zabrakło. I choć nie narzekam i nie odstręczam, podpowiadam ostrożność. Może gdybym nie spodziewał się po tym filmie tak wiele, powstałaby dziś bardziej entuzjastyczna recenzja? Może gdyby zrobił to któryś ze skandynawskich reżyserów…?

Tagi: 
Do góry