Tricksterzy, przemoc i szydera

27-03-2013, 09:00
Kategoria: 

Tricksterzy, przemoc i szydera

Czy tyrana można zniszczyć śmiechem? Można! Ale trzeba się do tego zabrać na poważnie. Przygotować plan, zgromadzić fundusze i wykonawców. Takie myślenie mogłoby towarzyszyć Pawłowi Kukizowi, który zapewne więcej by zrobił jako pieśniarz-prześmiewca niż jako kandydat na poważnego pana polityka. Ale może Kukiz nie czytał Alberta Cossery’ego?

Nazwano go „tajnym agentem chaosu”. Był mistrzem dla sporej armii intelektualnych nihilistów z Paryża i okolic, wywrotowcem, który mówił o sobie: „Nie mogę napisać jednego zdania, żeby nie zawierało jakiejś dawki buntu. Nic poza tym mnie nie interesuje. Wciąż wzburza mnie to, co widzę”.

W serii Nowy Kanon wydawnictwo WAB wydało właśnie „Szyderstwo i przemoc” Alberta Cossery’ego, ze znakomitą – co podkreślam i zaraz objaśnię – przedmową Jana Gondowicza. Przedmowa jest ważna, bowiem napisano ją z przekorą i pasją nie mniejszą niźli sama książka. (Opamiętaj się, chłopie, kto dzisiaj używa słowa „niźli”?) Gondowicz opowiada o Cossery’m anegdotami i przypowieściami, zaledwie podprowadzając pod drzwi spisku, który uknuli bohaterowie „Szyderstwa i przemocy”, ale czyni to z wielkim wdziękiem i erudycją – dla zachęty i dobrego smaku. Rzadko się zdarza, by wstęp do książki wzniecał we mnie tyle entuzjazmu…

Cossery szanuje współczesnego czytelnika, jak ognia unikając pojęć typu „komórka”, „sms”, „facebook” czy „Internet”, bez których nie dzieją się dzisiaj żadne rewolucje. Przychodzi mu to tym łatwiej, że jego powieść wydana została w roku 1964, kiedy o walce z tyranami nie decydowały nowoczesne środki komunikacji lecz inwencja rewolucjonistów. Było im trudniej spiskować, szukać sojuszników, budować struktury. Nie zdobywali lajków pod karykaturą satrapy i nie zwoływali demonstracji poprzez konta na Twitterze…

Jesteśmy zatem wraz z autorem i bohaterami jego opowieści na początku lat 60. ubiegłego stulecia; to może być Egipt, choć nie wiemy na pewno, to może być każde miasto i każdy może nim rządzić tyran-gubernator. Plebs walczy z władzą miotając ognie na barykadach, stosując akty terroru, co jedynie eskaluje przemoc i wzmacnia tyranię. Klasyczne zamknięte koło. Władza jest tak pewna swej absolutnej potęgi, że planuje nawet zakazać gry w tryktraka i wyrzuca z miasta Bogu ducha winnych żebraków.

Karim tymczasem produkuje latawce, Khaled Omar jest wziętym handlarzem – handlu nauczył się w więzieniu – Heykal jest miejscowym rentierem i dandysem w jednym garniturze. Jest jeszcze nauczyciel i jego matka-wariatka, a wraz z nimi nieletnia córka lokalnego notabla.

Wszyscy są rewolucjonistami: zwalczają tyranię śmiechem.

Możesz rzucać bomby pod samochody, możesz miotać koktajle Mołotowa, możesz zdzierać gardło w czasie demonstracji – ale nic mocniej nie podkopie autorytetu władzy niż zdrowa kpina. Nic nie jest silniejsze od śmiechu ludu kwitującego wszelkie poczynania dyktatora. Spiskowcy rozklejają więc plakaty z podobizną gubernatora i peanami na jego cześć, organizują publiczną zbiórkę pieniędzy na sławiący go pomnik, gdzie tylko mogą – głoszą uwielbienie dla władzy. Tricksterzy Cossery’ego sięgają po najbardziej naturalną broń: po ironię, śmiech i drwinę.

Czy to działa? Działa! Ulica się śmieje, kpi, szydzi, a ktoś nawet – zły człowiek – umiera na zawał, stojąc przy pisuarze i spoglądając na szyderczy plakat. Gubernator jest bezsilny, władza traci prestiż, nie wypada jej przecież zrywać plakatów, które wznoszą pod niebiosa zalety tyranii, tak samo jak nie wypada protestować, gdy Karim widzi we wspaniałej pogodzie boski wpływ rządów despoty. Któryż  urzędnik czy policjant zaprzeczy, że władza pomaga słońcu świecić? A przeszkadza?

Dzięki Cossery’emu pozostajemy przez długi czas w krainie absurdu, ironii, burleski. Ta powieść bawi swoją lekkością, humorem, a błazenada spiskowców budzi w nas wspomnienia Pomarańczowej Alternatywy i perfekcyjnych szyderstw w Piwnicy Pod Baranami lub nagrań magnetofonowych ze spektakli kabaretu Tey w Poznaniu, których po domach słuchała – burząc śmiechem prestiż władzy – cała Polska.

Ale to tylko pozorny urok i efekt zabawy: wiedzą o tym „prawdziwi rewolucjoniści”, ci, którzy nigdy nie złożyli broni. Jednym ruchem mogą sprawić, że nieznośny satrapa stanie się ofiarą, męczennikiem, a cały wysiłek tricksterów pójdzie na marne…

Cossery był Egipcjaninem, który w wieku 17 lat wyemigrował do Paryża, tam zamieszkał i tam stworzył osiem swoich powieści. Żył wolny i oddychał wolnością, choć bliskie mu były feudalno-autorytarne realia świata arabskiego. „Szyderstwo i przemoc” to pełna ironii krytyka rewolucyjnych metod walki z niechcianą władzą, które prowadzą donikąd i jedynie wzmacniają terror. On nie mówi: bądźcie bierni, raczej podpowiada – nie dajcie się zastraszyć, niszczcie autorytet władzy metodami, których nie może ona zwalczyć. Sam sięga zaś po ironię w sposób mistrzowski.

Czy można znaleźć w jego powieści współczesne odniesienia? Otóż bezdyskusyjnie tak! Głupców, satrapów  i tyranów ciągle jest mniej niż nihilistów z dużym poczuciem humoru. W tym cała nadzieja.

Obiecałem, że będę to w swoich tekstach zaznaczał i tak też czynię: książkę do oceny otrzymałem od wydawcy, Grupy Wydawniczej Foksal w Warszawie. 

Tagi: 
Do góry