Tata Kazika, Mama Kazika, Dziadek Kazika, Siostra Kazika. No i Kazik.

02-03-2013, 09:00
Kategoria: 

Tata Kazika, Mama Kazika, Dziadek Kazika, Siostra Kazika. No i Kazik.

Można by ten film schlastać, ale chyba nie potrafię. Reżyserka debiutuje, tytułowy bohater to jeden z idoli pokolenia mojego ojca, historia banalna, miejscami śmieszna-pocieszna, bezpretensjonalna. Sentymentalny powrót do przeszłości za dwie dychy? W sumie – czemu nie? „Być jak Kazimierz Deyna” to takie wiosenne kino. Jeszcze nie wiadomo, co z niego wyrośnie, ale jeśli masz czas, przyglądać się można.

Początek jest prawie jak u Hitchcocka: Mama Kazika, Zosia (doskonała Gabriela Muskała), zaczyna rodzić. Tata Kazika, Stefan (bardzo dobry Przemysław Bluszcz, choć z wąsem mu nie do twarzy), usiłuje odpalić Syrenkę. To taki samochód był. Syrenka nie odpala, Mamę Kazika wiozą na porodówkę karetką marki Nysa (to też taki samochód), a wszystkim to nie w smak, bo akurat zaczyna się mecz z Portugalią. Jest rok 1977. Z karetką ściga się Jelcz (taki autobus), bo kierowca Jelcza też by chciał na mecz…

Tam więc Deyna strzela bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego, a tu Mama Kazika rodzi Kazika. Jakby nie mogła się powstrzymać! Zaczekać te 90 minut! Dobrze, że choć pozwalają jej przeklinać, a powiem wam, że Mama Kazika – Gabriela Muskała, jak zacznie przeklinać, to uuuuu! Pięęęęknie przeklina. Wywaliła prawdę w oczy wszystkim, głównie facetom. A szczególnie jednemu.

Fot. Dey_5

Bo Tata Kazika na meczu. Znaczy w barze jakimś, przed telewizorem. I jako jeden z nielicznych nie gwiżdże na Deynę, choć Deyna był z Legii, więc miał w Polsce przeharatane. No i bije się w tym barze, a Kazik się rodzi i po Deynie otrzymuje imię. I potem w tle jego legendy dorasta.

To jest trochę film o marzeniach rodziców (tu: Taty Kazika), którzy chcą przykrawać dziecko na swoją modłę lub na kształt własnych marzeń. Kazik ma zostać piłkarzem, bo tak chce Tata Kazika, ale nie potrafi grać – może dlatego, że jego trener skończył dwa i pół roku awuefu i że jedyną zasadą, którą wpaja sportowcom, jest – trzeba zapier…ć, zapier…ć!

No, trzeba. Kazik chodzi więc na treningi, ale bardziej od piłki interesuje go osobowość nauczycielki języka polskiego, w której zakochuje się na umór, a ściślej – jak Słowacki, Mickiewicz i Norwid w jednym. Bo on jej pisze wiersze na cześć tej miłości, ten Kazik.

Miłość Kazika – jak można się domyślić – nieszczęśliwa jest (jak to często miłość w podstawówce), więc Kazik w zapamiętaniu swoim postanawia nie strzelić ważnego rzutu karnego (inaczej niż Deyna!), potem ma gorączkę z powodu tej miłości, a na domiar złego – skończywszy liceum idzie na polonistykę!

I my to wszystko tak sobie powoluteńku oglądamy. Fabuła w tym filmie jest taka dość średnia, powiedziałbym – mało nachalna. Film toczy się, można wyskoczyć na papieroska, a jedyne, co stracisz, to klimatyczne wspomnienia. Bo siłą filmu „Być jak Kazimierz Deyna” jest dawnych wspomnień czar.

Fot. Deyna_kolaz

Wiesz, co to były białe skarpetki? Noszone do wszystkiego? A wiesz, jak działały na kobiety? Tak działały, że każdy musiał je mieć! A wiesz, co to było przytargać od Niemca samochód w dobrej cenie? Albo co to było handlować prosto z łóżka polowego? Albo wiesz, jak smutne życie miała niewolnica Izaura??? Głównie we wtorki, po dwudziestej?

Jeśli nie wiesz, to możesz razem z tym filmem wziąć korki z historii – zresztą, na historii nie uczą takich pierdół, więc taka prawda do niczego ci się nie przyda. Jeśli jednak wiesz, to wrócisz do czasów, w których wszystko to  było WAŻNE. Zobaczysz kolekcję ciuchów z dawnych lat, kolekcję samochodów, stare boiska-klepiska, stare fryzury. Zobaczysz jak się kochało wtedy, jak można było z miłości zabić lub z braku miłości – załapać się na chorobę weneryczną. Takie wszystko w pigułce. Lata 80. i 90. na filmowej patelni.

Młoda reżyserka (Anna Wieczur-Bluszcz) uderza tym filmem do trzech pokoleń. Bo jest jeszcze Dziadek Kazika (rewelacyjny wręcz Jerzy Trela!), który z miłości do Radia Wolna Europa i z nienawiści do komunizmu nie zaznaje szczęścia w życiu, pali jak parowóz, a jedyną przyjemność spotyka dopiero w trumnie, gdzie mu w czasie pogrzebu wnuk wkłada i włącza stare radio, rzecz jasna nastawione na Wolną Europę.

To nie jest film-manifest, to raczej panorama. Obraz Polski rosnącej, Polski przełomu, prowincji, jej marzeń o zmywaku w Londynie i jej handlu na lokalnych bazarach. To jest film o tym, że zawsze trzeba „grać swoje”, nawet jeśli wygwizdują. A także o tym, że nie można robić sobie (i dzieciom) na przekór, że natury nie da się oszukać. Można ją przyoblec we włosy koloru błyszczącego granatu (jak Siostra Kazika), można ją sprawdzić tak, jak Kazik sprawdzał Grubą Kaśkę (tytułowe zdjęcie, mistrzowska scena), ale nie można jej oszukać.

Polonista nigdy nie strzeli bramki prosto z rzutu rożnego, prawda?  Legionista, owszem. ;-)

TU PACZ! Dlaczego  zacząłem od słów: można by ten film schlastać? Bo niewiele wnosi do naszej wiedzy o życiu, o ludziach, nawet o tamtych czasach. On po prostu jest. Nakręcono go, dał filmową inicjację reżyserce i to jest ważne. Trochę bawi, trochę rozaniela, trochę nudzi, a trochę zastanawia: Boże, w jakim kraju myśmy żyli?

W PRL… (To taki kraj był.)

Zwiastun filmu:

Tagi: 
Do góry