Surya i ja. Musimy się jakoś pomieścić, bracia witarianie!

21-03-2013, 09:10
Kategoria: 

Surya i ja. Musimy się jakoś pomieścić, bracia witarianie!

Fleksitarianin z wizytą u witarian! Co z tego wyniknęło? Samo dobro, sam smak i czysta przyjemność. A ponieważ miejsce jest nietuzinkowe, to i spotkanie dwóch stylów odżywania nie mogły być zwyczajne. I nie było. W restauracji Surya przy ulicy Wałowej 3 w Warszawie trafiłem na święto wiosennej równonocy – powitanie słońca.

Najpierw jednak trochę o idei. Fleksitarianizm, czyli okazjonalne spożywanie mięsa, o którym pisałem tutaj, stał się moją żywieniową religią znienacka. Właściwie sam do mnie przyszedł, niespodziewanie i bezinwazyjnie. Czy mógłbym pójść duuuży krok dalej i przyjąć witarianizm jako własny styl odżywiania? Nie wiem. Jeszcze nie wiem. Albo inaczej: przeczuwam, że wątpię.

Witarianie nie jedzą potraw podgrzanych powyżej temperatury 42 stopni Celsjusza. Popijam właśnie kawę – i – musiałbym przestać. Dieta wyklucza również zjadanie czegokolwiek, co było wcześniej przetwarzane lub podgrzewane, czyli na przykład numer z zimnych schaboszczakiem u witarian nie przejdzie. Zimna pizza, sztuka mięsa wyciągnięta z sosu albo gołąbki wywalone prosto ze słoika od mamy – również. Smalczyk, misiu, również.

W pewnym stopniu witarianie mają dużo racji. Temperatura 42 stopnie zabija enzymy w jedzeniu. W ich pożywieniu wszystkie minerały, składniki odżywcze i enzymy pozostają w stanie nienaruszonym. Jeśli więc olej, to nie w temperaturze nadającej się do smażenia frytek lecz tłoczony i spożywany na zimno. Bazę stanowią wszelkie warzywa, glony,  niepasteryzowane miody, masło orzechowe, orzechy i nasiona, owoce. Zamiast gorącej herbaty na śniadanie – owocowy szejk.

To jest dieta, nie oszukujmy się, dość ekstremalna. Jeśli wyskakujesz z mięsa i stajesz się wegetarianinem, to kolejnym stopniem świadomości może być weganizm, a następnym – właśnie witarianizm. Dalej jest chyba tylko odżywianie się energią Słońca… Nie żartuję z witarian, proszę tego tak nie odbierać, po prostu sądzę, że to jest już pójście na Maksa.

Jeśli wierzyć specjalistom od żywienia, jest to dieta niedoborowa i nie pokrywa klasycznych potrzeb organizmu. Twierdzą oni, że jest uboga w niektóre składniki, skrajna i czasochłonna. Mam jednak wrażenie, że to jest tylko strach, który ciągle jeszcze ma duże oczy: nie spotykamy przecież doniesień o śmierci z powodu stosowania diety witariańskiej, a i o zachorowaniach z tej przyczyny też nie jest głośno. Może więc problem bierze się z nawyków, z tradycji jedzenia golonki i schabowego z kapustą? Może lekarze jeszcze takich zmian w sposobach odżywiania nie ogarniają? I straszą na wszelki wypadek?

Jak było, tak było – przecież zawsze jakoś było. Zgodnie z tym powiedzeniem dzielnego wojaka Szwejka, skutek moich odwiedzin w restauracji witariańskiej Surya jest wyłącznie pozytywny. Po pierwsze: klimat tego miejsca!

Ludzie! KONIECZNIE idźcie tam do wychodka! Nie ma w tym żartów, toaleta jest chyba najbardziej oryginalna w Warszawie, mieści się na dnie wysokiego aż do nieba komina. Gdybym wiedział, wziąłbym tam aparat, a ponieważ powrócić specjalnie mi nie wypadało – o czym za chwilę – musi wam wystarczyć moja opinia. Naprawdę zajebisty wychodek. Niezwykły wręcz.

Restaurację urządzono w starej osiedlowej kotłowni. Budynek z zewnątrz wygląda śmiesznie, jak knajpa dla Smerfów: chuda, długa, niska. Ale to tylko pozory, bo całość pomieszczeń znajduje się… pod ziemią. Są dwa poziomy, na pierwszym jest przyjemnie, na drugim jest cieplej i jeszcze przyjemniej. Ja wylądowałem na drugim.

Surya_1

Surya_2

Surya_3

Surya_4

Surya_5

Surya_10

Menu zmienia się co dwa dni. Trafiłem na spaghetti – makaron ze świeżej cukinii i marchewki, z sosem pomidorowym i kuleczkami ze słonecznika oraz pestek dyni. I parmezan z orzechów brazylijskich. Ładnie brzmi?

Specjałem restauracji Surya – a Surya znaczy: Słońce – jest przyrządzany na miejscu chlebek, który składa się z siemienia lnianego, nasion słonecznika, pestek dyni i najróżniejszych warzyw oraz przypraw. Nie zawiera mąki ani konserwantów: mąka jest produktem przetworzonym. Nie jest to chleb pieczony lecz suszony w dehydratorze… No i ma różne smaki: cebulowy, oliwkowy, paprykowy, cynamonowy – na bazie migdałów, z serkiem kokosowym…

Do chlebka są dipy, można go także zjeść z sałatkami, jako kanapkę witalną. Mnie skusiło danie kuchni tajskiej, Thai Pad: cukinia, kilka rodzajów papryki, pomidory, groszek cukrowy, kiełki fasoli mung z migdałami… noooo… powiem wam… to działa!

Do tego wino grzane – choć są także wina bio – i szejk marchewkowo-jabłkowy, a po wszystkim słodkości: lody malinowo-truskawkowe na bazie bananów, z wiórkami kokosa oraz… drugi deser palce lizać, czyli rodzaj kakaowego-czekoladowego ciasta na bazie bananów i wiórków kokosowych z suszonymi jagodami goji.

Surya_8

Surya_7

Nie piłem kawy ani herbaty, choć także podają: restauracja ma charakter witariański i wegański zarazem, ale nie jest miejscem, w którym królują żelazne dogmaty. I bardzo dobrze.

Jak wrażenia? Estetyczno-wizualnie na pięć, bo to miejsce urządzono prostymi środkami, bez zbędnych ozdobników, powiedzieć można: surowo, ale jednocześnie z dotknięciem miękkiej, kobiecej dłoni. Ładna zastawa, ciekawe siedziska z wielkimi poduchami, wielki kominek i jeszcze większy komin.

Dlaczego nie mogłem wrócić z aparatem do toalety? Nie wypadało mi: po godzinie osiemnastej rozpoczęło się spotkanie zorganizowane przez Tannę Jakubowicz-Mount i Eugeniusza Chrzanowskiego poświęcone „ceremonii równoważenia energii kobiecych i męskich”, a wszystko to na okoliczność równonocy. I wiosny jednocześnie, bo jak widzisz za oknem – mamy wiosnę.

Surya_12

Było sporo osób: przyszli w poszukiwaniu międzyludzkiej harmonii i pozytywnych wibracji, niektórzy znali się z wcześniejszych spotkań wspólnotowych, inni nowi, poszukujący. Rozpalili w kominku, zaczęło robić się przytulniej, domowo, pierwsza iskra z ogniska miała symbolizować życzenia, które się spełni – i każdy powinien je sobie pomyśleć, wypowiedzieć…

Ciekawe doświadczenie… a pośrodku tego wszystkiego ja, ciągnący na siusiu do WC. Gdybym miał wcześniej rozjaśnione w temacie toalety, poszedłbym na bank z aparatem, ale nawet telefon zostawiłem w płaszczu! A wracać przez ten przepływ wzajemnej energii już mi nie wypadało…

TU PACZ! Fleksitarianin Bindella poszedł więc w odwiedziny do braci witarian, wrócił i żyje nadal! Znaczy – dieta ma moc utrzymującą wszystkie funkcje życiowe. ;-) Było naprawdę smacznie, przyjaźnie i przytulnie, wyszedłem syty wrażeń i najedzony, ale czy mógłbym pójść w stronę takiego stylu życia/odżywiania? Szczerze?

Po namyśle: NIE.

I nie powiem, że brak mi białka czy tłuszczy, bo to nieprawda, białko i tłuszcze można znaleźć nie tylko w krowim mleku i mięsie, nie powiem, że mi nie smakowało, bo smakowało, ale… żal. Żal gorącej zupy i spaghetti z makaronem, żal kawałka szynki raz w tygodniu (jaką ja szynkę ostatnio jadłem…!), żal tych wszystkich grzechów dietetycznych, które popełniam, a które tak bosko smakują.

Niech więc już pozostanie tak, że ja będę tu, gdzie stało ZOMO z kawałkiem mięcha co tydzień, a oni tam, w awangardzie nowoczesności i troski o ziemię naszą, planetę ukochaną.

Musimy się jakoś pomieścić, bracia.  

Do góry