Ponowny pogrzeb poety Baczyńskiego. Tym razem w kinie.

16-03-2013, 09:00
Kategoria: 

Ponowny pogrzeb poety Baczyńskiego. Tym razem w kinie.

Wielka szkoda, że nareszcie nakręcono film o Baczyńskim. Im bardziej oczekiwany, tym bardziej fascynował jako temat, tym mocniej chciało się go obejrzeć. Ale kiedy już powstał, pierwsza refleksja brzmi: skopano świetny pomysł! Nikt poważny historii tej postaci długo teraz nie podejmie. Tak, Kordian Piwowarski w „Baczyńskim” ponownie pochował poetę. Na długie lata.

Ten film powinien powstać na potrzeby telewizji, chyba mógłby tam zyskać dobrą publiczność i pewnie w pasmach filmów dokumentacyjno-historycznych stałby na półce „ładnie nakręcone”. Bo „Baczyński” ma tę zaletę, że pod względem operatorskim zrobiony jest poprawnie. Klimatycznie. Półtony i szarości, obszary niedoświetlone i prześwietlone, cienie, półcienie, ciemności, dobrze wmontowane materiały ze starych kronik i dobrze pokazane współczesne czarno-białe ujęcia. To się ogląda.

Pod względem fabularnym jednak – absolutna klapa. Kto podpowiedział twórcy tak morderczy dla filmu układ wewnętrzny?

Mamy reportaż dokumentalny: mówią dwie żyjące jeszcze postaci, które pamiętają poetę z czasu wojny. Mówią z offu świadkowie tamtych wydarzeń. I jest to wsad do filmu drętwy mocno i zbędny, bo wypowiedzi świadków nie ani nie budują napięcia, ani nie wciągają widza, ani nie ujawniają prawd nigdy wcześniej nieodkrytych.

Mamy współczesny slam poetycki – kilka osób interpretuje po swojemu poezję Baczyńskiego. Tu bardzo dobrym czarno-białym zdjęciom towarzyszy Słowo. Wiersze poety. Recytacje i melorecytacje. To niezła część filmu.

I mamy trzecią warstwę, fabularyzowaną rekonstrukcję ostatnich lat życia poety, z której nie dowiadujemy się nic. NIC ABSOLUTNIE NOWEGO. Nic, czego nie wiedziałby średnio rozgarnięty licealista. O humanistach nie wspomnę, bo humaniści na takie filmy nie chodzą: są dziś zajęci robieniem karier w biznesie.

Baczyński był wielki. To wiemy. Iwaszkiewicz i Andrzejewski – śliniący się na jego widok – Wyka jako krytyk i Gajcy jako konkurent poety, te historyjki znamy i bez filmu. Powstanie Warszawskie, że wybuchło – to także dość powszechnie znany fakt. Piwowarski jednak nie pokazuje nam swojej wizji i oceny powstania, nie mierzy się z wydarzeniem, które pogrzebało poetę, i to chyba główny dowód jego reżyserskiej niemocy.

Co jeszcze widzimy? Słabowitość fizyczną poety? Wieeeemy, byyyyło! Małżeństwo z Baśką? Byyyyło. Śmierć w pierwszych dniach powstania? Wieeemy!

Czego więc dowiadujemy się o Baczyńskim w filmie poświęconym jego poetyckiej wielkości? Niczego. Niczego nowego. Dałbym do ręki kamerę licealiście i powiedział mu – nakręć mi chłopcze jakąś etiudę – to zrobiłby prawdopodobnie podobne dzieło, może mniej fachowo sfilmowane. Trochę dokumentu, trochę fabułki, trochę klimatycznych zdjęć – i bach, gotowe. Krótki (na szczęście), solidny, porządny, w ciężkim trudzie nakręcony i całkowicie niepotrzebny film.

Myślałem, że reżyser postawi choć na aktora, na Mateusza Kościukiewicza, wschodzącą gwiazdę polskiego kina. Nic z tych rzeczy. Kościukiewicz albo powłóczystym wzrokiem patrzy w niebo i nic nie mówi, albo nieudolnie mamrocze pod nosem własne wiersze na wieczorku poetyckim, jakby czytanie tego, co sam napisał, sprawiało mu przykrość i gwałciło osobowość. A kiedy widać było, że wyraźnie ma ochotę się rozkręcić, scena kończyła się i widzieliśmy np. twarz sanitariuszki opowiadającej jak wyciągała śmiertelnie rannego Baczyńskiego spod realnych kul. Spadał z noszy. Niedobry poeta!

Fot. Ba_2

Piwowarski stracił unikatową szansę pokazania po swojemu pokolenia Kolumbów. Na to po cichu liczyłem. Może zobaczylibyśmy tamtą młodzież innymi, współczesnymi oczami. Może młodzi z XXI wieku oddaliby powstańczej walce osobisty honor, a może z dzisiejszej perspektywy zmiażdżyliby jej bezsens. Może reżyser dotarłby tym filmem do niezgłębionych jeszcze pokładów wrażliwości, patriotyzmu, bezsilności, niezgody na wojnę.

Nic z tego. Zobaczyliśmy romantyka, który nie chce używać broni, choć odważnie przechowuje ją w domu, a w chwili śmiertelnej spada koleżankom z noszy. I to cała historia. 

TU PACZ! Zawsze szukam silnych punktów, żeby choć w minimalnym stopniu uzasadnić potrzebę nakręcenia filmu. Napisałem o zdjęciach i klimacie poetyckiego kina, napiszę jeszcze o utworze muzycznym, który mnie do tego filmu namówił. To „Pieśń o szczęściu” w wykonaniu Meli Koteluk i Czesław Mozila. Najjaśniejsza część produkcji.

Nie wiem tylko, czy wypada z pomocą budżetu państwowej kinematografii kręcić tak drogie teledyski.

 Czesław Śpiewa, Mela Koteluk, „Pieśń o szczęściu” jako zwiastun „Baczyńskiego”:

PS. W kinie był jeden widz. Ja. Szkoły walą na „Syberiadę”.

Tagi: 
Do góry