Łaziki wcale nie wielkanocne

26-03-2013, 09:00
Kategoria: 

Łaziki wcale nie wielkanocne

Skrawki, wyszywanki, łatki, zbieranina różnych wrażeń i kolekcja małych spraw, które warto ocalić od zapomnienia. Czyli moje łaziki. Ktoś powiedział, że lepszą nazwą byłyby „włóczykije” – może, ale łaziki już są, a na włóczykije trzeba trochę zasłużyć. Co tym razem?

1. ŚWIĘTA

Czujesz święta? Jakiś klimat? Że coś nadchodzi, nieuchronność jakąś? Bzdura. Mam wrażenie, że to będą święta w stylu alpejskim, austriackim, szwajcarskim. Śnieg błyszczy w słońcu jak pod szczytem Matterhorn, temperatura i wiatr takie, że urywa pępowinę, która wiąże człowieka z ciepłym samochodem, ludzie skuleni, biegnący szybko-szybko… Brakuje tylko choinek w rękach, niesionych na Wigilię, i dżinglbels śpiewanych w każdym radiu i w każdym sklepie.

Kto nie poddaje się zimie? Konsekwentnie – Grażyna Kulczyk i jej poznański Stary Browar. Nigdzie w Warszawie nie spotkałem takiej fety na cześć zająca, Wielkanocy i wiosny, jak właśnie tam, w Poznaniu… I to od kilku lat!

Fot. La_kolaz_1

2. BERLUTI

Mają chyba tylko osiem sklepów w Europie: najbliższe nam – w Mediolanie i Moskwie. Ta paryska marka założona przez włoskiego projektanta obuwia, Alessandro Berluti, istnieje od 1895 roku. Dziś zarządza nią Olga Berluti, najmłodsze pokolenie rodziny.

Styl butów Berluti właściwie nie zmienia się od lat. Nosili je Andy Warhol, Robert De Niro, Yves Saint Laurent, Arnold Schwarzenegger. Podoba mi się sposób, w jaki widzą współczesnego, dojrzałego mężczyznę. Nuta konserwatywna przemieszana z nonszalancją, elegancja połączona z odrobiną szaleństwa, ale nic ponad dyskretną miarę. Stawką jest jakość, wygoda, klasa, własny styl…

Ta marka to nie tylko buty, nieosiągalne w naszym kraju, ale także pewien rodzaj filozofii mody: statecznej i konsekwentnie doskonałej jakościowo. I tak sobie myślę przy okazji… Gdyby kilku najlepszych szewców w Polsce nie musiało po wojnie bić się z komuną o prawo do sprowadzania skór i komponentów odpowiedniej jakości, gdyby mogli rozwinąć skrzydła… mielibyśmy pewnie kilka takich marek jak Berluti. Gdyby mieli podobne warunki startu w konkurencji, kto wie czy nie okazaliby się lepsi od Włochów, ucząc jednocześnie Polaków szacunku do butów, sposobu noszenia, dobierania do garderoby… Eeech…

Tu: fragmencik najnowszej kolekcji marki z serwisu internetowego Berluti:

Fot. Ber_kolaz

3. CENTRUM DIZAJNERSKIEGO NIECHLUJSTWA

Nie mogę się powstrzymać. Instytut Wzornictwa Przemysłowego w Warszawie przy Świętojerskiej. Od miesięcy widzę to samo… W centrum polskiego designu szyby elewacji upstrzone jakimiś napisami z archaicznej i brudnej folii… Resztki starych napisów rozpoznawalne wyłącznie dzięki klejowi, który po nich pozostał w oknach… Brudna elewacja, szyby i wejście, które odstrasza. To oni są nauczycielami wzornictwa w naszym kraju. Uczcie się od najlepszych!

Fot. IWP

4. MASZYNA Z DUSZĄ

Ostatni raz miałem pod palcami maszynę do pisania chyba ze dwadzieścia lat temu… Wstyd się przyznać, ale od tamtej pory – nigdy. I wystarczyła przypadkowa wizyta w warszawskiej restauracyjce Piekiełko, w której na parapetach ustawiono dwie maszyny do pisania, by wrócić do prehistorii. Zapomniałem klawiaturę, ale nie straciłem z pamięci tempa pisania i przesuwania wałka.

Nie masz wrażenia, że wraz z odejściem tamtych czasów, kiedy wszystko co nas otaczało było bardziej uczłowieczone, miało duszę, wymagało pomyślunku, ruchów – a nie myślało za nas, wymagając zaledwie wciśnięcia jednego klawisza – że straciliśmy sporą część własnego świata?  On ZALEŻAŁ od nas, można było pisać na maszynie bez względu na pojemność baterii, bez ładowania, bez automatycznej korekty… Pamiętam swoje teksty, ręcznie nanoszone poprawki – piórem z zielonym atramentem – pamiętam kalkę, przez którą pisaliśmy: brudziła palce, a także pyłki celulozy gromadzące się na metalowych czcionkach. Trzeba je było czyścić, żeby tekst dało się dobrze odczytywać.

Pisałem czterema palcami, z niezwykłą prędkością, używając dwóch palców wskazujących, dwóch serdecznych i czasami kciuka; do dziś walę w klawiaturę tak, jak wtedy, choć potrafię pisać wszystkimi palcami. Chyba szybciej niż wtedy, ale… Wtedy każdy młodzieńczy wiersz napisany na maszynie lub odręcznie miał smak, charakter, niepokój wsobny, brzmiał jakoś…, a teraz…?

Fot. Masz_1

Fot. Maszyna_kolaz

Fot. Jach_kolaz

Fot. JB_Kolaz

5. SZTUKA ULICZNA

Łowię takie perełki. Czasem aż we mnie coś zgrzyta, kiedy widzę jak kwitnie sztuka naszego marketingu restauracyjnego, albo jak radzimy sobie w komunikacji bezpośredniej, albo jak świetnie potrafimy podkreślać charakter polskich sklepów. To ciągle za mało: w niewielkich miasteczkach Niemiec czy Austrii można spotkać wystawy, które zajmują połowę sklepu i w których buduje się np. wielkie ruchome kolejki w plenerze albo wstawia stare bibeloty, żeby tworzyły atmosferę… Ale i tak jest coraz lepiej.

Tu zatem – ocalone od zapomnienia! Ktoś szuka właścicielki „czegoś podobnego do amstaffa”, ktoś poszedł za Niesiołowskim i sprzedaje szczawiową w środku zimy, ktoś inny robi cyrk z muzeum… Ciekaw jestem swoją drogą, czy i w jakim trybie pozwolono muzeum Curie-Skłodowskiej strzelić na elewacji zabytkowego domu takiego sprytnego bohomaza…

Fot. la_5

La_10

La_12

La_16

La_17

6. LUBIĘ!

W jednym z butików przy Nowym Świecie – takie oto coś. Mówię TAK, bo ma wszystkie cechy wiosennej oryginalności…

Fot. La_3

7. ROSYJSKA OTCHŁAŃ

Na zakończenie – zaproszenie do Teatru Polonia na spektakl „Baba Chanel” według Nikołaja Kolady i w reżyserii Izabeli Cywińskiej. Po świętach Polonia to idealne miejsce na dobrą zabawę i zadumę: wiem coś o tym… Pięć starych kobiet, członkiń chóru, pije, je, usiłuje zapomnieć o starości, biedzie i samotności. Wszystkie mają smak na jednego faceta –Siergieja, człowieka z harmonią… Trzeba zobaczyć!

Fot. La_9

Do góry