Łaziki marcowe

22-03-2013, 09:00
Kategoria: 

Łaziki marcowe

Takie różne polepione i postrzępione kawałki czegoś. Do niczego albo do wyrzucenia. Siadam czasami, notuję zapamiętale, a potem wracam po kilku dniach do zapisków i pytam… wamać, o co mi chodziło? Masz tak czasem? Że nalot myśli powoduje niedolot mózgu?

Jak pchły skaczą ci one z człowieka na człowieka, ale nie wszystkich gryzą. To o myślach napisał Lec. Mnie gryzą od czasu do czasu, wtedy siadam i zapisuję, robią się z tego notki-fotki, które normalny bloger pchałby zaraz na fejsika, żeby uwiecznić. Ale mnie się nie chce, nie muszę, Facebook to świetne miejsce, by się dzielić z innymi tym, co widzę lub mam pięknego. A jak nie mam, milczę.

Moje łaziki marcowe powinny się nazywać wałęsanki, bo biorą się z wałęsania po miejscach, ludziach i czasoprzestrzeniach, ale wałęsanka pachnie polityką, a my jesteśmy z dala. Więc są i będą (czasami) łaziki. Czyli zapiski chwil ulotnych biorące się z łażenia.

1. PROTEST

Niedobrze jest, kiedy zmienia się reguły w czasie gry. I rozumiem wściekłość artystów, organizacji pozarządowych, którym w czasie procesu przydzielania grantów zmniejsza się wysokość dotacji lub odbiera je całkowicie. K…a, skandal! Miało nie być o polityce, ale wczorajszy czarny protest mnie poniósł. Tak wiele jest w Polsce wartościowych inicjatyw i te żule urzędowe tak cholernie nie potrafią ich wykorzystać, pomóc, sprawić przyjemność mieszkańcom. Wolą stawiać zapory, bo zapory stawia się najprościej.

Fot. Manifa

2. WIOSNA

A w zasadzie wiosny brak. W wiośnie zimowej najbardziej podoba mi się duch, który w nas nie ginie. Akcja „Pomóż wiośnie, zjedz śnieg!”, to jeden z najlepszych sloganów reklamowych tego roku i aż szkoda, że nie wymyślił go żaden kopyrajter dla potrzeb swojej marki, bo miałaby ona po wczorajszym dniu wielkie branie. To pomysł dla marek, które lubią się bawić, mają flow i czują, że rynek to nie tylko kwasiżury w codziennych wpisach na Fejsbuku i mdłe reklamy w telewizji, ale świetnie czujący klimat odbiorca. Który kupi każdą interesującą, abstrakcyjną formę zgrywy.

Nie od wczoraj ruszyła wielka akcja z memami; kto podgląda Demotywatory, ten wie, ile jest już sposobów na wykpienie zimy i durnowatej wiosny… Pierwsze z brzegu:

Fot. Wiosna_kolaz

3. WKURWIACZE

Uwielbiam takie sytuacje! Jesteś na owocowo-warzywnym stoisku w Carrefour, napakujesz koszyczek kilogramem ziemniaków, imbirem, papryką, pomidorami i cytrynami, targasz to wszystko, podchodzisz do wagi, wykładasz, szukasz tego pieprzonego znaczka – gdzie oni mają imbir??? – i co? I waga nie działa. Podchodzisz do drugiej – nie działa. Do trzeciej – nie działa. Na sześć czy osiem wag działają tylko dwie. Nic mnie bardziej nie irytuje, nic tak nie wścieka, jak głupota małych urządzeń i niedbalstwo ich opiekunów. Oddałem wszystko, nie kupiłem nic, wolę pójść na ryneczek i wszystko załatwić z kobietką spod Grójca… Skutecznie!

Fot. Wkurwiacz

4. GOREJĄCY KRZEW

Rozsiadłem się przy pierwszym odcinku i… po kwadransie pomyślałem: kto dzisiaj kręci takie nudne filmy?! To mini-serial Agnieszki Holland poświęcony tragedii Jana Palacha, jej skutkom i wojnie o honor dziecka-patrioty. Temat ważny, film skopany. Powolny, nużący, nakręcony w stylistyce lat 70. albo kina radzieckiego, gdzie łabędzie mogły lecieć przez pół seansu i nikt nie zorientował się dokąd lecą, kiedy wylądują i jaką trasą będą leciały – bo wszyscy w kinie zdrowo spali. Na szczęście w drugim odcinku tempo filmu nieco się zwiększyło i już dało się go oglądać. Ciekawy serial, zwłaszcza dla ludzi, którym nazwisko Jan Palach i Czechosłowacja  nic nie mówią. Ale w sensie artystycznym taki se.

Fot. Krzew_kolaz

5. KSIĄŻKI

Gdyby to nie było tak mało poczytne, ten blog miałby same recenzje filmowe i książkowe. Tyle się dzieje, tyle jest do obejrzenia i poczytania, ale… tak mało chętnych, by o tym porozmawiać! Przełknąłem jednym tchem i pożyczyłem znajomym książkę Krzysztofa Millera – „13 wojen i jedna”, znakomita historia o życiu reportera wojennego; mój kolega z BlogHouse.pl rozpłaszczył się przed tą książką – niepotrzebnie, ale wcale się nie dziwię.

Jest już nowy Hennig Mankell: „Mózg Kennedy’ego”, wkrótce zacznę go czytać – to podobno kolejna znakomita książka tego autora. Jak czytam w zapowiedziach: Louise, archeolog, przylatuje do Sztokholmu, by wygłosić wykład. Odwiedza mieszkanie syna – znajduje jego zwłoki i choć wszystko wygląda na samobójstwo, matka w to nie wierzy… Razem z byłym mężem zaczynają dochodzenie. Znów pełno niedopowiedzeń, zgubnych tropów, a świat, wielka machina, wydaje się być po tysiąckroć większy niż bohaterowie… Wkrótce recenzja!

Widziałem też na półkach „Konklawe” Roberto Pazziego, opowieść mocno na czasie: po śmierci papieża nie pojawia się biały dym, a powodem są dziwne zgony, do których dochodzi za murami Watykanu… Zapowiada się nieźle, choć większy apetyt mam na autobiografię Edith Piaf „Na balu szczęścia” ze wstępem Jeana Cocteau. W tym roku obchodzimy 50. rocznicę śmierci Edith – kupiłem niedawno płytę z jej piosenkami, którą nagrała Patricia Kaas „Kaas chante Piaf”, ale szczerze mówiąc słabo mi się podoba. Wszystkie utwory w manieryczny sposób spowolnione, z wielką sekcją orkiestrową – przypominają raczej uwertury niż paryskie piosenki. Szkoda, bo to mógłby być świetny album: Kaas ma przecież doskonały głos. Ale tu wypada dziwnie blado.

Wracając do autobiografii Piaf – po raz pierwszy wydano ją pięć lat przed śmiercią diwy, wcześniej któreś z polskich wydawnictw również ją pokazało, teraz promuje ją Empik jako własne wydawnictwo. Dużo fotografii, dobry tekst, choć… wolę, kiedy śpiewa niż pisze.

Jest jeszcze nowy Arne Dahl – „Wody wielkie”, czyli kryminał w najlepszym, bo skandynawskim wydaniu, a także Paul Russell i jego „Zmyślone życie Siergieja Nabokowa”. To z kolei opowieść o niezwykłym życiu brata Vladimira Nabokova, czasy przedrewolucyjnej Rosji, młodość, homoseksualizm, życie w cieniu sławnego brata, narkotyki, jąkanie się, miłość, samotność… Sądząc po zapowiedziach i licznych reklamach, może to być bardzo ciekawa książka. Ale nie wiem czy na moją półkę…

Fot. Ksiazki_kolaz

6. BUTY

Taka historyjka zaledwie… Już-już witał się z gąską, już miał na nogach, a tu bach: o numer za duże, a mniejszych nie ma… Wiesz, co mi się najmocniej spodobało w tym buciku? Niebieskie oczka dziurek na sznurowadła! Naprawdę warte grzechu. I cholera, niby numer odpowiedni, a jednak za duże. Ale to właśnie lubię: kontrapunkty, zdziwienia, sprytne małe detale, które nadają charakteru całości…

Fot.  But1

7. ZABOREK

Masz na swoim koncie to szczęście, by dawać wykład prosto z ambony? A ja mam! W Zaborku, kilka kilometrów przed Janowem Podlaskim, jest takie uroczysko, w którym śpi się w starych chatach lub w wiatraku, a konferencję lub spotkanie towarzyskie można sobie zorganizować w kościele, czyli przewiezionym z daleka i odrestaurowanym całkiem sporym obiekcie, który lata temu służył jako kościół. Wokół prześliczne, spokojne tereny, sporo lasów, a w samym Zaborku… cisza, kapliczki, chatynki… Bajka! Polecam na weekendy i nie tylko. Odwiedziłem niedawno i ponownie piałem z zachwytu.

Zaborek

Do góry