Intryga małżeńska. Powieść campusowa

13-03-2013, 09:00
Kategoria: 

Intryga małżeńska. Powieść campusowa

Najwybitniejszy, najgłośniejszy, ekscentryczny, a niewykluczone, że także najmniej znany współczesny amerykański pisarz – czyli kto? Jeffrey Eugenides.

Opublikował raptem trzy powieści. „Intryga małżeńska”, którą wydał właśnie krakowski Znak, powstawała  pewnie równie długo, jak dwie poprzednie  książki tego 52-letniego Amerykanina o greckich korzeniach.

Eugenides wiecznie coś poprawia i dopisuje, wyrzuca i ulepsza…

– Jestem w stanie opublikować książkę tylko wtedy, kiedy uznam, że zadowoli czytelników – powiedział Michałowi Nogasiowi z radiowej Trójki, gdy dziennikarz odwiedził pisarza w jego amerykańskim domu.

Taka dbałość o jakość produktu (purystów bardzo przepraszam, że w ten sposób określam książkę) dobrze świadczy o stosunku pisarza do czytelnika. To nie takie znów częste: mam czasem wrażenie, że pisarze piszą zbyt szybko, pośpiesznie, byle jak i o byle czym, zupełnie jakby zależało im wyłącznie na wywiązaniu się z jakichś nierealnych terminów z wydawcami. Patrząc na rynek wydawniczy w  Polsce można by bez trudu wymienić kilka nazwisk – mistrzów „pośpiesznego gatunku literackiego”, ale… bądźmy litościwi. Niech piszą. Oni piszą, ja – nie czytam.

Ostrzegam jednak, że napisana bez pośpiechu „Intryga małżeńska” to książka, która nie wszystkich zadowoli. Na pewno szczęśliwe będą książkowe mole, ludzie-czytacze, połykacze książek. Tacy, co to będąc w gościnie mają niedającą się odeprzeć potrzebę czytania etykiet z opakowania mydła w cudzej łazience, jeśli akurat gospodarz nie zadbał o nic innego, czym można by zająć oczy.

Po drugie – historia podana przez Eugenidesa powinna zadowolić rówieśników pisarza. Bohaterowie intrygi – Madeleine Hanna, Mitchell Grammaticus i Leonard Bankhead mają w książce po 22 lata. Mamy rok 1982, w Stanach wybrzmiała właśnie rewolucja seksualna, a ideały, którymi żyły dzieci-kwiaty, odstawiono już do lamusa. Owszem, Mitchell pojedzie tuż po studiach w inicjacyjno – poznawczą podróż do Indii (w latach siedemdziesiątych wypadało pobyć w jakimś aśramie), zahaczy też po drodze o Europę, ale ten sposób na poststudenckie „nie wiem, co ze sobą zrobić” ostał się w modzie do dziś.

Tymczasem „Intryga małżeńska”, jeśli  traktuje o jakimś małżeństwie, to raczej są to historie małżeństw rodziców naszych bohaterów, i nie są to, niestety, opowieści szczególnie budujące. Ot, życie. Po latach z wielkiej szalonej miłości pozostają w najlepszym razie te mądre, nudne i sztampowe – przywiązanie, przyzwyczajenie, obowiązek. Dobrze, jeśli czasem można do nich dodać przyjaźń.

Bez wątpienia jest „Intryga” historią miłosnego  trójkąta. Mitchell kocha Maddy, Leonard kocha Maddy, Maddy kocha Leonarda, ale całkiem możliwe, że Maddy kocha też Mitchella.

Ile razy w życiu zastanawialiście się nad dylematem: czy można kochać dwie kobiety jednocześnie?

Niestety,  jest tu jeszcze choroba psychiczna. Maniakalno-depresyjna choroba Leonarda nie pozwala Madeleine ułożyć jasny obraz samej siebie i uczuć wobec niego. Depresja to fatum; tu pozwolę sobie na jeden cytat: „Między uzależnieniami a depresją zrozumiałam jedno – mówi pacjentka szpitala psychiatrycznego, w którym leczy się Leo. – Depresja jest dużo gorsza. Depresja nie jest czymś, co można o d s t a w i ć. Nie można pójść na odtrucie, i już. Depresja jest jak siniak, który nie znika. Siniak w głowie. Trzeba tylko uważać, żeby go nie dotknąć, bo zaboli. Ale zawsze tam jest i będzie.”

Ktoś napisał o książce Eugenidesa, że jest w pewien sposób irytująca, ale coś nas przy niej trzyma. To prawda. No i najważniejsze, Mitchell studiuje religioznawstwo, Leonard – biologię, a Madeleine – literaturę, zatem mnóstwo jest w książce o książkach, pisarzach, literackich nurtach i buntach, o erudytach, i sporo jest też literackich cytatów.

TU PACZ! W sumie to jest powieść prawdziwie inicjacyjna, powieść o dojrzewaniu, przemyślana, dobrze napisana. Z dedykacją autora – dla ziomali z akademika, Steviego i Moo Moo. Prawdziwie amerykańska powieść campusowa (ja kocham takie książki!), a przez kontrast do nas, do Polski z 1982 roku, bardzo interesująca.

Zupełnie tam mieli, w tej Ameryce, inaczej. Głupio jakoś: bez żołnierzy na ulicach, bez koksowników, bez mięsa na kartki, bez nadziei… 

Tagi: 
Do góry