Doskonała „Miłość” i wzruszony bloger.

17-03-2013, 09:00
Kategoria: 

Doskonała „Miłość” i wzruszony bloger.

Scenariusz tego filmu zainspirowało życie. Prezydent dużego miasta zgwałcił jedną ze swoich pracownic, miał romanse z innymi. Dobry punkt wyjścia, by opowiedzieć historię, która wykracza poza schemat konfliktu małżeńskiego i tragedii gwałtu. Doskonały powód, by wziąć dwoje wyjątkowych aktorów i nakręcić z nimi film mogący konkurować z najlepszymi filmami na świecie. Film roku 2013, to pewne.

Sławomir Fabicki nakręcił dzieło, które porusza najodleglejsze końcówki układu nerwowego. Wbija w fotel, rozwala męską pewność siebie, porusza. Ale przede wszystkim stawia pytania o małżeństwo, o źródła siły w konfliktach między ludźmi, o zaufanie.

Jest pięknie, bo Maria (Julia Kijowska) wkrótce urodzi wyczekiwane dziecko, a Tomasz, jej mąż (Marcin Dorociński) zawiezie ją do porodu, kupi wózek i będzie przykładał liście kapusty na obolałe od karmienia piersi. Jest pięknie, bo prezydent miasta (Adam Woronowicz) był zachwycony wynikami pracy swojej podwładnej, Marii, ofiarował jej kwiaty i chyba trochę rwał ją na bankiecie, co żartem, bez dąsania, zauważył Tomek.

Faceci zwykle dowiadują się ostatni… Tomasz odkrywa dziwne maile od prezydenta, które ten wysyła jego żonie; chyba je ignoruje. Błąd! W jednej z kolejnych scen prezydent odwiedza Marię w domu i mimo wysokiej ciąży – gwałci ją. Później jest poród, niedługo potem Tomasz dowiaduje się od żony o tragicznym wydarzeniu. Jak to przetrzymają, jak zareagują? O tym jest ta historia.

Miłość u Fabickiego nie chodzi utartymi szlakami. Nie jest miłością z harlekinów, melodramatów i komedii romantycznych. Nie jest też miłością z blokowisk, naznaczoną krzykiem i tłuczeniem garnków o podłogę. Jest cicha, pastelowa, schowana w zalążkach domowego komfortu, w zwykłych codziennych obowiązkach, małych radościach i problemach ze spalonym czajnikiem, a zaraz później pogrążona w bezgłośnym, dramatycznym schemacie, który łączy dwoje ludzi.

Lepiej poznajemy Tomasza. Najpierw namawia Marysię, żeby była miła dla prezydenta, ponieważ to może dopomóc w wygraniu przez jego firmę jakichś miejskich przetargów. Później widzimy jego letnią reakcję na mailowe flirty i wreszcie obserwujemy go, gdy dowiedziawszy się o gwałcie z pasją krzyczy: zabiję skurwysyna!

Później przyjmuje od niego 100 tysięcy złotych. Za milczenie.

Nie wiem, kto tu jest gorszy: łajdak-gwałciciel czy mięczak-mąż. Tomek oddaje pieniądze żonie, wyprowadzając się z mieszkania – zamiast zabić drania, co zrozumiałby chyba każdy, albo pójść na policję. I wybaczyć żonie, ufając, że doszło do gwałtu, że wszystko działo się wbrew woli Marii.

Ale stać go tylko na porąbanie łóżka, w którym doszło do zdrady. Stać go na transakcję kupna-sprzedaży, w której wartość upokorzenia własnej żony wycenił na kilka paczek używanych banknotów. (Nawiasem mówiąc, ona zakłada z nich lokatę dla córki: takie dziś czasy, że nawet gwałt może być ubezpieczeniowym start-upem…)

Fot. mi_3

Dorociński gra swoją rolę wspaniale. Jest rozczulający w miłości do córki. I bezbronny: nie potrafi pomóc umierającej matce, nie potrafi znaleźć klucza do problemów cierpiącej żony, nie umie rozwiązać sprawy z gwałcicielem. Ale też nie umie się odnaleźć bez żony: przygodny seks wychodzi mu średnio, pije mało, nie mieszka „na mieście”, tylko podsypia na firmowej kanapie. „Nie wiem, czy jeszcze cię kocham, chyba nie” – powie Marii w kulminacyjnym momencie ich rozmowy, bo nawet tego nie potrafi zdefiniować. Gra chojraka, ustala jakieś nonsensowne podziały w domu (ja śpię tu, ty tam, nie wchodzimy sobie w drogę), ale w bezpośrednim spotkaniu z prezydentem mięknie. Idzie na kompromis.

Inaczej Maria, zagrana przez Julię Kijowską tak, że klękam przed nią i reżyserem z szacunku za tę jej rolę i scenę, o której za moment. Ona wie, że kocha i kogo kocha. Ona jest cierpliwa, czeka. Wie, że nie zrobiła nic złego, nie zabrnęła w kontaktach z prezydentem poza granicę przyzwoitości.  „Jesteś jedynym, kogo mam”, mówi Tomkowi, ale to nie powody materialne i nie jej status życiowy stoją za tym wyznaniem – ona po prostu kocha tylko tego jednego człowieka. Myślę, że bardziej niż własne dziecko – tej miłości jeszcze nie zdążyła się nauczyć, jest ciągle w poporodowym szoku i ciągle nie może pozbierać się po gwałcie. Ale kiedy zostaje sama, bierze się w garść.

Fot. mi_2

Kobiety są w tym filmie silniejsze, bardziej dojrzałe i mądrzejsze niż mężczyźni. W krótkiej, epizodycznej, ale niezwykłej roli widzimy matkę Tomasza, zagraną przez Dorotę Kolak. Jak ona to zagrała! Jedno spojrzenie na syna i wie już wszystko: nie mieszkasz w domu, coś złego dzieje się w twoim życiu. Umiera, ale ciągle potrafi kierować życiem, mężczyznami. Rozdaje polecenia i role, ustawiając nie tylko własnego męża, tu: Marian Dziędziel, ale i syna. Jest silna, choć tak słaba.

Jest w tym filmie scena, przy której po prostu ścisnęło mi gardło. Silniejsza niż męska wytrzymałość; sorry, łzy same popłynęły. Matka Tomka umiera, majaczy, w malignie półszeptem przywołuje swoją matkę. Tomasz nie jest w stanie niczemu poradzić, jak to facet, Maria – mimo iż jej wcześniejsze stosunki z teściową układały się źle, chyba bardzo źle – reaguje niezwykłym odruchem. Nie zdradzę szczegółów tej sceny, powiem jedynie, że po niej Fabicki niczego już kręcić nie musi – ten moment i jego nieziemska siła, ogrom skumulowanych emocji, przechodzą do historii kina.

Trudno mnie poruszyć, ale ten fragment filmu rozwali każdego wrażliwego twardziela. Dla jednej takiej minuty warto czekać na polskie filmy. Panie Sławomirze, Pani Julio – rozpłaszczam się przed Wami z szacunku.

TU PACZ! Najpiękniejsze w filmie Fabickiego są – przepięknie nakręcone! – sceny, które rozgrywają się w domowym zaciszu, między dwojgiem głównych bohaterów. Tkwią w klinczu, nie potrafiąc wyrwać się z sytuacji, w którą wbiło ich życie. Nie pomaga rozmowa, zresztą – prawie ich nie ma, nie pomaga seks, bo on jest wyjściem z problemu tylko przez krótką chwilę, nie pomaga jego zazdrość i kompleks niższości (wobec prezydenta), przeszkodą jest urażona męska duma, honor. Dopiero, gdy przyznaje się do własnej słabości i bezradności – wtulony w kochającą, mądrą, cierpliwą kobietę – możemy wierzyć, że czeka nas happy end. Miłość. Ona zaczyna się dokładnie w tej chwili, gdy oboje dochodzą do ściany.

Piękny, mądry, wzruszający film. Z gatunku tych, które trzeba zobaczyć, w kinie lub w domu.

Zwiastun filmu:

Tagi: 
Do góry