Buty, których nie kochamy

28-03-2013, 09:00
Kategoria: 

Buty, których nie kochamy

Fajną rozmowę dziś odbyłem. O butach. Mogę o butach? To niby taki przyziemny temat – w sensie dosłownym – ale niegłupi. Pierwsza teza: nie szanujemy butów, kompletnie nie potrafimy ich utrzymać w odpowiednim stanie, nie znamy się na tym! Druga teza: uwielbiamy kupować. I trzecia: buty mają duszę!

Trzecią tezę mógłbym najlepiej udowodnić na sobie. Mam kilka par takich człapaków, starych jak świat, w doskonałym stanie, których nie pozbędę się chyba nigdy. Dlaczego? Bo albo są to buty, które schodziły ze mną wszystkie znane mi góry i ścieżki, więc mam do nich sentyment, albo są tak dopasowane do mojej nogi, tak leżą, że wyrzucić ich… dżizas, no jak? Nie można!!

Czy mają duszę? A nie mają? Jeśli gadają do mnie, że tyle widziały, że ratowały mnie z opresji, że utrzymywały mnie w pionie, gdy ciało leciało w poziomy, że nie obtarły, że zawsze doniosły… Jeśli ciągle wyglądają, cieszą oko, jeśli chce się w nie wskoczyć – bo lato, bo włóczęga? Takie buty to coś więcej niż buty. Ale są i takie, u mnie: w malinowym kolorze, które po prostu nie dadzą się powtórzyć! Jak znajdę inne takie same – wymienię, ale póki co…

Są jeszcze ludzie z pokolenia „szczurów” i „patroli”, czyli butów zamszowych sięgających do kostki i butów wojskowych, które miały wielki czar niedostępności. Ja byłem fanem tych pierwszych (armii i żołdactwa nie cierpię!), sentyment pozostał do dziś: ładne zamszaki zawsze znajdą do mnie drogę…

Fot. Blue_6_1

Teza druga, łatwa do prezentacji w każdym sklepie. Tu musiałbym oddać głos Kobiecie, ponieważ dla mnie zakup butów nie jest formą celebry i nie czerpię radości z aktu ich powolnego mierzenia, lecz po prostu dopadam, macam, zakładam i wychodzę, kropka. Ale przecież wiem, że kupowanie butów TO PROCES.

Trzeba zobaczyć każdy sklep w galerii. Nie, błąd! Trzeba zobaczyć wszystkie sklepy w mieście!

W tej galerii już byłam, jeszcze jest jedna, a właściwie są dwie – może pojedziemy? Bo tam też są sklepy i chyba jest lepszy wybór… Nie jednak nie, jednak w tej pierwszej było najlepiej… możemy wrócić… A może mi pani te buty zostawić? Bo jakby tamte nie pasowały, to ja tu wrócę. I jeszcze te… I patrz, te też są ładne… Jak to nie są potrzebne? Jak nie, jak tak? A co ja mam ubrać? Ty byś chciał żebym ja boso chodziła? Ileeee? No nie przesadzaj, że sto par, z siedemdziesiąt może, a nawet nie tyle. Z tego połowa to stare, ubiegłoroczne. Teraz nie można mieć jednych butów do wszystkiego, teraz trzeba mieć wszystko – do wszystkich butów!!!

Takie słychać monologi  w sklepach z butami, które częściej teraz przypominają salony muzealne, gdzie publiczność chodzi pomiędzy eksponatami, podziwia, czasem wystawia nogę do luster i celebruje, cmoka, mlaska, wzdycha… Kupić nie zawsze trzeba, ale co człowiek (kobieta- człowiek) naogląda, to wszystko jego (jej).

Pierwsza teza jest najbardziej delikatna, wstydliwa. Jesteśmy bucianymi flejtuchami. Rozmawiałem z opiekunką jednej z marek obuwniczych, która opowiadała mi w jakim stanie, zdarza się, przynoszą klienci buty do reklamacji: schodzone, brudne, powyginane, śmierdzące, rzadko oglądające pastę, szczotkę, wodę, nie znające prawidła, trzymane „na wcisk” przez całą zimę gdzieś w zakamarkach szafy lub w piwnicy…

I chyba się zgodziliśmy: nie mamy w narodowym charakterze, inaczej niż Włosi, umiejętności dbania o buty, nie lubujemy się w ich utrzymywaniu, glansowaniu, wystawianiu. Szewc w Złotych Tarasach mówił dokładnie to samo: nie mamy kultury dbałości o buty, nie potrafimy zajmować się butami…

Buty stały się jednorazowym gadżetem, pretekstem, by… kupić nowe!

Oczywiście pomijam szerszy aspekt tej sprawy, bo można by zacząć pisać story o spodniach do garnituru – bez kantów, dżinsach, które świecą z brudu i koszulach, którym los pozgniatał kołnierzyki – ale w temacie butów chyba jest najgorzej, nie uważasz?

Fot. Jajko_pod butem_1

W sklepie Jana Kielmana przy ulicy Chmielnej w Warszawie – firma istnieje od 1883 roku – buty są dziełem sztuki. Widać to nawet w ich witrynie internetowej, gdzie trudno znaleźć zdjęcia butów bez prawideł, gdzie każdy kawałek skóry dopasowywany jest wprost do nogi klienta. Takie buty rzadko kosztują mniej niż 1000 złotych, ale mają bodaj dziesięcioletnią gwarancję.

Czy umiemy je pielęgnować? Umiemy? Zerknij na ten poradnik skopiowany ze strony Pana Jana i pomyśl, ile razy twoje buty doznają takiej czułości…

Kosmetyki do konserwacji obuwia skórzanego powinno sie kupować zawsze najlepsze, kierując się raczej marką producenta, a nie ceną. Według nas, najwyższą jakość oferują firmy: Shoeboy's, Collonil, Wolly, Meltonian i Dr.Martens. Do codziennej konserwacji najwygodniejsze będą kremy w słoikach lub tubkach. Głęboko wsiąkając w skórę, nadają jej doskonałą elastyczność. Dla uzyskania połysku, lepiej jest użyć twardych past z metalowych puszek. Nie wsiąkają one głęboko w skórę, lecz zostają na jej powierzchni. W końcowej fazie polerowania butów dobrze jest zmoczyć nieco watkę w wodzie. Z małą ilością pasty uzyskamy znakomity oraz trwały połysk. Lepiej jest nałożyć pastę kilkakrotnie mikroskopijnymi warstwami, niż zmagać sie z jej nadmiarem.

Do czyszczenia butów zabieramy się, gdy skóra na nich jest sucha.

Dobre (i zwykle drogie) buty, jeżeli nie są akurat używane, zawsze muszą być na prawidłach – najlepiej drewnianych. Dzięki nim zgięcia na skórze się prostują, a buty wysychając nie będą się defasonować i znacznie łatwiej będzie je oczyścić. Mając prawidła śmiało możemy zmywać wodą skórzane spody, które po wyschnięciu muszą zostać dobrze natłuszczone (np. oliwką kosmetyczną). Suszenie nigdy nie może odbywać się przy grzejnikach. Grozi to popękaniem skóry – nawet tej najlepszej.

Plamy z soli są prawie nieusuwalne. Jeden ze skuteczniejszych sposobów to pełna kąpiel butów w ciepłej wodzie z dodatkiem szamponu lub mydła. Szczotką masujemy zanurzone buty (również ich wnętrze – zwłaszcza w miejscu palców) starając się wypłukać ze skóry wyschniętą sól. Najprawdopodobniej nie jest to wyłącznie sól znana nam z zimowych chodników, lecz sól fizjologiczna wydobywająca się wraz z parą wodną ze stóp.

Po kąpieli do butów wkładamy prawidła, odkładamy (odwieszamy) do wyschnięcia i natłuszczamy.

Istnieje zależność, że czym lepsza skóra na butach – tym mniejsze zjawisko pocenia, czym buty gorsze, zrobione ze skóry pokrytej nie oddychającą warstwą lakieru i na syntetycznych podeszwach – tym częstsze uczucie wilgotnych stóp.

Odradzamy używanie wszelkich płynów nabłyszczających, które zasychając tworzą na skórze bardzo trudny do usunięcia „film”. Pękając nadaje on butom zniszczony i nieestetyczny wygląd. Jest to początek końca butów – niezależnie od ich wieku.

Nowoczesne preparaty do impregnacji oczywiście powstrzymują na jakiś czas nasiąkanie skóry wodą, lecz czasem mogą bardzo utrudnić przywrócenie eleganckim butom pięknego połysku.

Jeśli mówimy o butach wyjściowych, a nie o sportowych czy turystycznych, lepiej jest pozostać przy tradycyjnych, całkowicie wystarczalnych metodach. W obecnych czasach nikt nie moknie godzinami na deszczu mając na nogach eleganckie buty biurowe czy smokingowe.

W samochodzie dobrze jest mieć małe pudełko z gąbką nasączoną silikonem, aby w dowolnym momencie móc doprowadzić swoje buty do poprawnego chociażby wyglądu. Ta metoda nie zastąpi jednak regularnej konserwacji opisanej powyżej.

Do usuwania ze sztupra (rantu podeszwy) zabrudzeń w rodzaju piasku, błota itp. najlepsza jest mała, sztywna szczoteczka do zębów.

Do czyszczenia plam na jasnym sztuprze używać benzyny ekstrakcyjnej. Po wyschnięciu kremować.

Kolor pasty dobieramy idealnie do koloru wierzchów butów lub nieco ciemniejszy. Pasta jaśniejsza często powoduje powstawanie białych poprzecznych smug w miejscu zginania się buta nad palcami.

Zalecana jest wytrwałość w działaniu. Przygotowanie eleganckich butów na ważne spotkanie biznesowe lub towarzyskie wymaga poświęcenia nawet pół godziny.

No i… Czy zdarza ci się poświęcić swoim butom pół godziny przez spotkaniem towarzyskim lub biznesowym? Co ja głupi takie pytania zadaję! Czy zdarzyło ci się poświęcić im więcej niż pięć minut?

Buty u Kielmana:

Fot. Kielman_kolaz

Tagi: 
Do góry