Rzecz o wyższości psa nad kotem, czyli 5 składników kota.

03-02-2013, 21:32
Kategoria: 

Rzecz o wyższości psa nad kotem, czyli 5 składników kota.

Ten kot powinien mieć na imię Nienawiść. Za to, że nienawidzimy nawzajem: on mnie, ja jego. Ale żyć trzeba, niestety. Niestety razem.

Mówię – nie wchodź! Wchodzi. Mówię – zejdź! Nie zejdzie. Mówię przynieś – odwraca kota ogonem i nie przynosi.

Co to jest za kot, który nie jest psem? I co gorsza – nie chce być psem! Pies ma tak urządzone, że daje się pogłaskać na samo zaproszenie, albo nawet bez. Nie znam psa, który by mnie podrapał lub choćby warknął w drugiej minucie głaskania. Kot po dziesięciu sekundach szczerzy pazury, a po piętnastu przystępuje do samoobrony.

Skąd mógł wiedzieć – kot skubany o imieniu Teodor – że będę go darzył szczerą nienawiścią już w pierwszej minucie po pojawieniu się w moim mieszkaniu, skoro przed jej upływem drapnął mnie po raz pierwszy i to w fazie miziania-głaskania? Czym mu zaszkodziłem? Cóżem uczynił, że trzeba mnie bezbronnego  tratować szponami? Pana swego!

Właśnie. Kwestia pana. W relacji z psem kwestia pan-pies nie podlega negocjacjom. Pies to pies, nawet jeśli jest psem psa, czyli psem policyjnym, a pan to pan, nawet jeśli jest panem policjantem. [Dlaczego (nawiasem mówiąc) policjanci nie używają kotów w celach obronnych, skoro udowodnione zostało (np. na moich dłoniach), że kot jest groźniejszy dla przestępców? I w ogóle, dla ludzi.]

Okay, okay, nie chcę się narazić miłośnikom kotów jako takich – chcę się wyżalić nad własnym losem. Nad życiem faceta, który w sobotę przejął we władanie kota na jeden tydzień i myślał naiwnie, że przejmując kota uzyskuje nad kotem władzę. Kot żadnej władzy nie uznaje! Z tego punktu widzenia kot mógłby nawet zostać policjantem, ponieważ sam jest władzą i władzę stanowi. Z jego perspektywy, ma władzę nad wszystkim, w tym nad człowiekiem.

Co robi, czyli z czego się składa kot-władca?

  1. Ustanawia nonsensowne reguły. Czytam gazetę, co jest rytuałem w każdą sobotę, gdy jem bułkę z szynką oraz piję sok z grejpfrutów oraz czytam gazetę. Kot co? Kot rozwala dupsko na gazecie i mówi – Nie będziesz czytał, pieść mnie teraz! On do mnie! Przy śniadaniu! Pomijam problem: kto pozwolił wejść na stół?, bo to sobie omówimy później, ważne jest, że wykłada się – i nic. Ani on nie czyta, ani ja. Jaki w tym sens? Nie ma. Ale powtarza tę czynność, gdy biorę do ręki gazetę. Lub książkę. Wytresowany tak? – pytam właścicieli. Nie. Sam z siebie.
  2. Się wałęsa. Mówię mu tak: Pan nałożył żarło, proszę kota o przybycie i konsumpcję. On nic. Nie ma kota. Pies na sam szczęk miski – jest przy misce. Na samo hasło: Żarcie! – mówi: Melduję się na rozkaz, szefie! Kot nic. Nieobecny. Kici-kici! Nic. Chodź tu, łajzo! Nic. Nie ma kota. Co to jest za pies, taki kot, który nie słucha i się wałęsa? Żeby jeszcze miał gdzie, żeby się po ludzku wałęsał, na dziewczyny chodził! Ale nie. Patrz punkt trzeci.
  3. Łazi poza zasięgiem miotły. W sumie najpierw go za to skrytykowałem, ale później zapisałem mu na plus: wskakując na dach kuchennych szafek zrobił to, co ja z trudem robię raz do roku, przed świętami. Zjadł kurze. I się gapił. Z góry. Zwisał i gapił, gapił i zwisał, a nienawiść taka mu kapała z oczu, że aż bolało. Mówię – Kot, daj łapę na zgodę – on wystawia pazury. Mówię: Natychmiast na dół! Ziewa. Mówię, że wezmę miotłę, a on na to – To se weź! I śpi. Widział ktoś psa śpiącego na kuchennych szafkach??? A koty tak mają! Wszystkie, czy tylko ten? A widział ktoś psa w chlebaku? Ten tu – kot! – był. A psa na wieszaku z koszulami? Kot był. W pralce był, na blacie kuchni, w umywalce, w szufladzie, w kaloszu. Wszystko to, co pies z wyżyn swej rasy olewa, ten oczywiście już w pierwszym dniu musiał dotknąć. I zasierścić: mam dowód, że podczas mojej krótkotrwałej nieobecności Teodor postanowił ubrać mój długi płaszcz. I ubierał go z wszystkich stron, to pewne.
  4. Rozpycha się w łóżku. Ja – siku, on – myk, na poduszkę. A ma swój kosz! Zwalam. Idzie w nogi. Mruczy. Niby serdeczność taka. Mija chwila: mam go przy nosie. To znaczy mam przy nosie jego dupsko, cały przód leży gdzieś po skosie łóżka i mruczy, i rozpycha się. Zwalam. Zasypiam. Budzę się, uciskany stukilowym ciężarem na klacie piersiowej. Oczy podnoszę – ON! Na mnie! Chrapie!
    Budzę go, miauczy: …A so jest… so jest… osssochoooozzziiii… przecieśśśśpię…
    Mówię: Na mnie śpisz, dziadu!
    On: A na kim mam spać???!
    Ja: Na sobie! Albo na szafki do kuchni, wynocha!
    On: Kota byś w taką pogodę na szafki wyrzucił???
    Ja: A jaką ty tu masz pogodę?!
    On: Nie gadaj, tylko śpij.

    I śpi. Na klacie. Mojej klacie. Negocjator! Gaduła! Rozpychacz! Sto kilo bezczelności!
  5. Się panoszy i się nie słucha. Myślałem, że kot jest po to, żeby po włączeniu telewizora wskakiwał na kolana i pozwalał rozładować emocje przy użyciu sierści oraz głaskania. Ten – nie. Proszę! Nie. Biorę go oburącz i sadzam. Schodzi. I łazi. I skacze, i szpony wbija we wszystko. Miauczy. Syczy. Przebiega pod nogami. Śpi. Sika do kuwety. Ledwie zmieniam żwirek, wraca z kupą. Wyrzucam kupę – siada znowu. I na stół. Na łóżko. Na parapet. Do okna. Do drzwi. Mówię/proszę – Usiądź stary, wina się napijemy, dam ci gazetę. Na mojej siada, na swojej nie chce.

TU PACZ! Na jednym go złapałem, Teodora cwaniaka! Na rybie. Kazali, to zrobiłem. Makrela z lodówki – kot przy makreli. Makrela do wody – kot na kuchence! Makrela z wody, kot – przy talerzu. Ja z talerzem do pokoju – kot za mną. To znaczy: za talerzem. Talerz do łazienki – kot do łazienki. Próba ognia i odporności estetycznej: talerz do kibla – kot za nim, nie odpuszcza!

Ooooo! Tu cię mamy!

Usiadłem. Mam talerz z rybą na kolanach. I mam kota na kolanach. Nie można było tak od razu? A jak na mnie patrzy! Jak pies. Wykapany pies!

Do góry