Nie hoduj w sobie mentalnego starca!

16-02-2013, 09:00
Kategoria: 

Nie hoduj w sobie mentalnego starca!

Zbyt rzadko tu piszę o ludziach, a to oni, ich myśli, sztuka – mają na nas największy wpływ. Dziś więc krótka opowieść o Abbey Lincoln… Byłem na jej koncercie w 2000 roku. I taką pamiętam z niego anegdotę. Niewielka sala koncertowa, pianista zaczyna coś grać, rozlegają się niemrawe brawka, wychodzi dziewczyna w szpilkach i kapeluszu, przystaje na uboczu sceny.

Jest piękna. Ma młode, smukłe ciało, spod kapelusza wystają dredy, a ja myślę: nooo, dziewczyny w chórku są niezłe… Po czym to młode dziewczę zaczyna śpiewać, a wszyscy słyszą łoskot opadającej szczęki – mojej szczęki – bo to jest sama Abbey Lincoln.

Miała wtedy 70 lat.

Wyglądała zjawiskowo. I brzmiała tak, że nie potrafiłem wyjść z fotela, zasłuchany i zapatrzony. Niewiele było wokalistek mających emocjonalną głębię i wszechstronność Abbey. Była nie tylko wielką jazzową wokalistką, ale również aktorką i działaczką społeczną, bardzo zaangażowaną w walce o prawa czarnej części Ameryki.

Abbey 2

Nie wspominam jej jednak, by opowiadać o muzyce, którą tworzyła – Abbey nie żyje od sierpnia 2010, a koncertowała jeszcze tydzień przed śmiercią. Chcę raczej powiedzieć o sile, która pcha ludzi, by żyli aktywnie aż do samego końca. Kiedy nie ma pasji, kiedy nie ma celu, aspiracji, gdy umierają ambicje, umiera i ciało. Metryka nie ma znaczenia.

Możesz mieć dwadzieścia lat i być mentalnym starcem, skapcaniałym zrzędą pozbawionym wewnętrznej mocy, chęci rozwijania się. Możesz mieć osiemdziesiąt lat i wielki power w sercu.

Celowo nie wybrałem do tego tematu The Rolling Stones, bo oni są aż zanadto oczywiści. Abbey nie tylko śpiewała jak za najmłodszych lat, ale i wyglądała, żyła, jakby ledwie skończyła osiemnastkę. Nie chciała się zestarzeć, a choć była stara, w jednym z wywiadów mówiła – Wszystkiego mi się chce tak samo intensywnie, jak kiedyś, nawet seksu!

Abbey_3

Patrzyłem wczoraj przed seansem na fajne młode dziewczyny i na ich zajebistych chłopaków. Spędzają godziny na bezsensownej włóczędze po Złotych Tarasach: od twardych siedzisk w barach po czerwone kanapy w Multikinie, od podłogi w Emipku po przymierzalnie w New Look. Są piękni, dobrze lub tak sobie ubrani, nastawieni na marnowanie czasu. Może coś się wydarzy, może samo przyjdzie, może będzie można to nakręcić aparatem z telefonu albo opisać w kilku esemesach. Jednego w nich nie widzę: oznak buntu. Chęci do łamania schematów. Poszukiwań.

To jest międlenie życia, a nie życie.

Wolę już, kiedy rzucają kamieniami i mówią, że rzucają przeciwko. Czemuś/komuś. Wolę, kiedy gotowi są wydrzeć oczy w ogniu polemiki, albo gdy piszą swoje blogi, grają na gitarach lub handlują czymś na boku, by przeżyć albo mieć na rozpustę.

Wolę po stokroć patrzeć na dziewczyny z Misz-Maszu, które same szkicują i dziergają ciuchy, bijąc się z niedostatkami rzeczywistości, usiłując wyjść na swoje, zrobić coś innego niż cały świat, podbić go! To mi imponuje.

TU PACZ! Nie potrafię zrozumieć przeżuwaczy codzienności.  W młodym i średnim wieku. Dziewczyn, które znam doskonale z kuchennych spotkań na firmowym piętrze, pozbawionych jakiejkolwiek formy aspiracji. Przeżuwających życie. Facetów po trzydziestce wypalonych tak, jak stuletnie byki. Przeżuwających życie. Miałkich, pustych, nijakich. Młodych, a już starych – przeżuwających życie.

Nie, nie każdy musi robić karierę w stylu Micka Jaggera czy Abbey Lincoln. Nie każdy musi zachować świeżość umysłu Marii Czubaszek, nie o to chodzi. Idzie raczej o tę iskrę, którą trzeba co pewien czas podpalać pod własnym dupskiem, o szpilę, którą warto czasem wbijać sobie o poranku i myśleć – chciałbym nie przeżyć życia na próżno! Chcę, by coś po mnie pozostało!

Masz tak, czy hodujesz w sobie wewnętrznego starca Nie-Chce-Mi-Się?

A na koniec, skoro już zacząłem od nieśmiertelnej Abbey: jeden z moich ulubionych kawałków: „And It’s Supposed To Be Love”. Szkoda, że nie z koncertu. Takie ballady śpiewała do 80. roku życia.

Fotografie: CreativeCommons, Jean-Marc Lubrano

Tagi: 
Do góry