Nasz majątek to 9 miliardów dolarów. Wiesz, co możemy? Wszystko.

23-02-2013, 20:41
Kategoria: 

Nasz majątek to 9 miliardów dolarów. Wiesz, co możemy? Wszystko.

Co zrobisz, jeśli do twojego domu zapuka Matt Damon i w imieniu globalnej korporacji zaproponuje ci kilka milionów dolarów? Za jeden podpis. Pozwól mu tylko wykopać na swojej ziemi kilka małych dziurek i dobrać się do złóż gazu łupkowego. Wchodzisz w to? Jakieś dylematy?

Projekcji filmu „Promised Land” powinien zakazać polski minister skarbu państwa, ponieważ podważa on  całą strategię rządu i paru wielkich przedsiębiorstw, już widzących siebie w roli arabskich szejków lub prezesów Gazpromu. Wezmą go natomiast na sztandary organizacje ekologiczne, bo dla nich kinowe dzieło w reżyserii Gusa Van Santa stanowić może świetną inspirację.

Akcja zaczyna się dosyć leniwie. Widzimy dwoje ludzi – Steve Butler (Matt Damon) i Sue Thomason (Frances McDormand) –  którzy w imieniu korporacji Global Coś Tam Coś Tam przybywają do małego, farmerskiego miasteczka, by kupować ziemię pod eksploatację podziemnych złóż gazu.

Oboje są fachowcami, a Steve dowiaduje się przy okazji, że po powrocie z tej misji ma pewne miejsce w zarządzie korporacji. Mają świetne wyniki i sprawdzone techniki: kupują zdezelowany samochód, flanelowe koszule, prowincjonalne spodnie, buty – chcą upodobnić się do miejscowych. Jesteśmy bowiem w biednej części Ameryki, jest głęboki kryzys ekonomiczny, ludzi żyją z dnia na dzień, bez wielkich perspektyw, rolnictwo kuleje, hodowle koni-miniatur nie przynoszą profitów, życie płynie leniwie, a jedyną rozrywkę stanowi konkurs karaoke i wielkie szaleństwo, czyli picie whisky w barze. Kto wypije więcej, tego zdjęcie trafia na ścianę.

Niezwykłe, frapujące, przepełnione emocjami życie...

I w takiej scenerii pojawiają się oni – przedstawiciele koncernu, który obraca majątkiem wartym 9 miliardów dolarów. Mogą wszystko. Dają natychmiastową nadzieję – złe słowo – dają pewność! wielkich pieniędzy za podpisanie umów, dają szansę na wyrwanie się z biedy, wyjście z długów, kredytów i na posłanie dziecka do lepszej szkoły. Start mają wyśmienity, umowę chce podpisać prawie każdy. Przy okazji miejscowa władza ma powód, by odrobinę się wzbogacić, na boku, ale to szczegół. W końcu rzecz dzieje się w Stanach, u nas wójt nie wziąłby grosza za poparcie.

Biznesową sielankę burzy najpierw głośno wypowiedziane veto miejscowego nauczyciela, a chwilę później – przyjazd gościa z zewnątrz, ekologicznego aktywisty Dustina Noble’a. W tej roli świetny John Krasinski – wspólnie z Damonem autor scenariusza filmu, bardzo ciekawy aktor.

Fot. PL_kolaz_2

Dustin pokazuje mieszkańcom serię zdjęć z innego regionu: martwe krowy, spalona ziemia… To efekt wydobycia gazu łupkowego. Rozszczelnienie struktur skalnych prowadzi do zatrucia wód podziemnych, a używane w czasie eksploracji łupkow środki chemiczne zamieniają wodę i glebę w jeden wielki gazowy palnik. Wystarczy iskra i wszystko płonie.

Miasteczko patrzy i słucha w wielkim przejęciu, ustawiając się coraz bardziej wrogo wobec Global Coś Tam Coś Tam. O wszystkim wkrótce rozstrzygnie publiczne głosowanie, mieszkańcy albo zgodzą się, albo wyrażą sprzeciw w sprawie eksploatacji podziemnych bogactw, ale w tej sytuacji wynik głosowania wydaje się przesądzony.

Ani Steve, ani Sue nie mają pomysłu, jak pokonać groźnego przeciwnika. Kontrakt się sypie, ludzie nie chcą już podpisywać umów, widzą więcej zagrożeń niż benefitów, zaczynają stawiać niewygodne pytania. Pytania stawia sobie coraz częściej sam Steve – wierzy jeszcze w zbawienie, które daje walizka wypełniona pieniędzmi, ale ma coraz więcej wątpliwości co do sensu własnej misji.

Na nieszczęście głównych bohaterów i samego scenariusza pojawia się kobieta, miejscowa nauczycielka (Rosemarie Dewitt), o której względy rywalizują Damon i Krasinski. To nieszczęście tego filmu, ponieważ wątek miłosny i połączona z nim miałka wojenka o niewiastę, zakłóca wartką akcję. Nauczycielka wozi się raz z jednym, raz z drugim, niczego nie wnosząc do zasadniczego tematu, poza urodą i widokiem własnej farmy oraz przydomowym ogródkiem.

Fot.PL_kolaz

Boszszszsz… Czy jest się o co bić? O ten ogródek? Czy każdej walce dobra ze złem musi towarzyszyć walka o rękę kobiety? Czy nie można z góry założyć, że wygrywa ten aktor, który ma w filmie wyższą gażę – i pominąć zbędne miłostki?

„Promised Land” to film o publicystycznych aspiracjach. Prześlizguje się jednak po obrazie ogłuszonej kryzysem Ameryki (mam żal, że tak mało jej widzimy), nie wchodzi zbyt głęboko w rzeczywistą wartość wydobycia gazu łupkowego i związane z nim zagrożenia, nie taranuje pazernych korporacji, nie obnaża patologii.

Widzimy agentów, którzy wiedzą jak wciskać kit. Mało tego – mimo przeczucia, że są przedstawicielami Złych Mocy, podświadomie stajemy po ich stronie. Za sprawą przyjaznej twarzy Steve’a? Damon budzi w nas sympatię i nie bez przyczyny dwukrotnie powtarza, że jest dobrym człowiekiem. W finale filmu będziemy mogli to sprawdzić naocznie, a finał, może raczej – rozwiązanie konfliktu, jest imponująco zaskakujące.

TUPACZ! Czy warto obejrzeć? Warto. Matt Damon to wystarczająco silny magnes. Twarz z korporacji, z miasta, przystojniak, za którym szaleją kobiety w każdym barze. Przyjemny, obiecujący Kosinski i nieco cyniczna, choć nieszczęśliwa, wykonująca „tylko” swoją robotę, nieczuła na facetów i lokalny patriotyzm McDormand. Oni trzymają ten film, zapewniają, że ogląda się go w napięciu, z zaciekawieniem. Plusem są dynamiczne, treściwe dialogi. Minusem – publicystyka. Zbyt powierzchowna, by uznać ten film za demaskatorski. Choć patrząc z naszej perspektywy, jest to dziełko bardzo na czasie. W Polsce, kraju pelargonii i gazu łupkowego – może nawet nieco wyprzedza swój czas…

Oficjalny zwiastun filmu:

Tagi: 
Do góry