Hollister: czekamy na coś extra, Boys!

13-02-2013, 09:00
Kategoria: 

Hollister: czekamy na coś extra, Boys!

Z daleka widać wielką ścianę monitorów, a na nich – bezkres oceanu, jakiś serfer płynie, ktoś się kąpie. Zaglądamy do środka… ciemno… głębokie fotele… stoliki… punktowe światła… głośna muzyka… nastrój melanżu na prywatce. Kusi, zadziwia. I trochę wkurza.

To nowy sklep w stolicy, pierwszy w Polsce i Europie Środkowej salon amerykańskiej marki Hollister. W końcu stycznia otwarto go w Galerii Mokotów – robi naprawdę wielkie wrażenie, choć coś mi się wydaje, że forma dość mocno przerosła tu treść.

Koszt umieszczenia dwóch wielkich tafli zsynchronizowanych monitorów, które służą za niebywale oryginalną witrynę sklepu, był pewnie większy niż całkowite koszty urządzenia kilku sąsiednich salonów, a to przecież jeszcze nie wszystko. Wewnątrz podobne monitory tworzą wrażenie okien, przez które możemy spoglądać na żywą, klimatyczną przestrzeń Zatoki Kalifornijskiej. To zachwyca, bez dwóch zdań.

Fot. Holi_kolaz_3

Sklep cieszy oko niezwykłą jak na polskie warunki atmosferą. Wbrew przyzwyczajeniom, nie dostajemy w nim po oczach setkami lamp wyodrębniających każdy szczegół oferty i garderoby. Tu jest wręcz przeciwnie: półmrok, prywatkowy klimat, ryk muzyki, wiele ciuchów tonie w półcieniach i póki wzrok się nie przyzwyczai, trudno je odnaleźć. Może razić amerykański styl, flagi,  świecidełka, plastik, dość tandetne żyrandole. Ale… chce się tam pospacerować, chce się poszperać w zakamarkach!

Fot. Holi_kolaz_2

 I to wszystko, niestety. Wszystko, co dobrego mógłbym o warszawskim Hollisterze powiedzieć. Być może Polska zasługuje na kolejną światową markę, być może logo Hollistera to jest to, co chcielibyśmy wszyscy nosić na naszych bluzach, t-shirtach i koszulach, ale – nie za wszelką cenę. Usiłowałem znaleźć w tym salonie cokolwiek, czego by nie można wyszukać w innych salonach. Nie ma. Spodnie nie powalają na kolana, bluzy również, damska sekcja rozczarowuje.

Jako wielbiciel i stały poszukiwacz t-shirtów, usiłowałem znaleźć coś oryginalnego dla siebie. Nie znalazłem. Później, w domu, poszperałem odrobinę w sklepie internetowym i ofertach marki w innych salonach Europy… Słabiuteńko. No i sorry, ale nie zamierzam być jej słupem reklamowym! A jeśli już, to proszę, żeby mi za reklamę Hollistera płacić.

Fot. Holi_kolaz_1

TU PACZ! To zresztą zasługuje na odrębny wpis: bezczelność marek, które żerując na naiwnym snobizmie wielu swoich klientów walą na piersiach lub plecach swoje logo i nazwę w takim rozmiarze, że tylko ślepy nie potrafiłby ich dostrzec. Żadnej kreatywności, żadnej dyskrecji, walą po oczach – jestem GAP!, jestem Hollister!, jestem Hilfiger! Tom Tailor!, Esprit!, Cropp!, Reserved!

Jestem Żenada!

Oczywiście, nie mam nic przeciwko oznakowaniu bluz i koszulek markami, ale po pierwsze można to robić w połączeniu z ciekawymi koncepcjami graficznymi, a po drugie – nie trzeba krzyczeć, żeby o marce było głośno.

Wracając do salonu Hollistera: przykro, ale w dość dużej zbieraninie ubrań nic nie zaskoczyło, nie zagadało do mnie. Kalifornia nie przyćmiewa pomysłami – może jedynie jaskrawością barw – nie powala na kolana zestawieniami kolorów, choćby tak, jak konkurujące z nią sieciówki spod szyldu Inditexu (Zara, Berschka, Stradivarius czy Pull & Bear). Tam widzę więcej pomysłowości, Hollister jest na swój sposób konserwatywny, przewidywalny.

Ale – plus dla marki, że wybrała Warszawę, że urządziła salon z przytupem, że walczy. Witamy, kłaniamy się po staropolsku i czekamy na coś extra, Boys!

Do góry