Dałem w łapę „Drogówce”! I dałbym jeszcze raz…

02-02-2013, 20:19
Kategoria: 

Dałem w łapę „Drogówce”! I dałbym jeszcze raz…

„Drogówka” to najpierw nie jest film, lecz doskonałe, na wielkim haju nakręcone etiudy z życia policji drogowej. „Drogówka” to długo nie film, lecz lustro, w którym każdy może się przeglądać i wielu, bardzo wielu z nas znajdzie w nim siebie. Wreszcie: „Drogówka” to nie jest film – to jest mistrzowskie dzieło Smarzowskiego.

Klaskałem oczami po każdej ze scen, w których rodzi się ta fabuła. Widzimy w akcji ich – i nas. Ich: policjantów i nas: usiłujących się wywikłać z sytuacji, która zawsze jest w ten sposób… Panie władzo, a nie możemy się jakoś dogadać, tak po ludzku…

Ponieważ fabuła prawie do połowy filmu nie istnieje, a pozwala nam jedynie delektować się popisami aktorów oraz zapisem filmowym z telefonów komórkowych, kamer przemysłowych i policyjnych wideorejestratorów, więc i ja do połowy recenzji o fabule nie napiszę nic. Wolę o aktorach. Jeśli ktoś powie, że polskie kino zaczyna się i kończy tam, gdzie faceci kręcą swoje „Wyjazdy integracyjne”, „Podejrzanych zakochanych” i inne „Kac Wawy” to powiedzcie mu: głupi jesteś, idź na „Drogówkę”. Bo w tym filmie jest wszystko, co w polskich aktorach najdoskonalsze.

Oni SĄ drogówką. Policją drogową. I są kierowcami. Lubos, Jakubik, Dorociński, Kuna, Grabowski, Braciak, Woronowicz, Dyblik, Kiersznowski, Gołębiewski, Dziędziel i wreszcie – Topa, główny bohater filmu, to elita TAKIEGO, kryminalnego kina. Może nazbyt charakterystyczni, może aż nadto dopasowani rolami do własnych twarzy, ale… czyż nie oczekujemy od kina wiarygodnych kreacji? Czy nie chcemy widzieć w drogówce – drogówki?

Fot. dro02

Warszawscy policjanci, obejrzawszy ten film, powiedzieli, że takiej policji już nie ma. Być może, choć my ciągle widzimy na drodze Lubosa z Jakubikiem, choć jakże często zdarza nam się spotkać na trasie sierżanta Topę. Ja spotkałem go ponad rok temu pod Płockiem, wręczył mi mandat 100 złotych, dwa punkty, ale za to jak świetnie sobie porozmawialiśmy! Że to nie był Topa? Jak nie Topa, jak Topa!

Film zaczyna się skeczami, kolażem wielu opowiastek, dzięki którym poznajemy świat policji drogowej. Widzimy jak biorą, jak uprawiają seks, jak piją, jak się kumplują, widzimy ich wewnętrzną solidarność, radiowozowe miłości (to rodzaj miłości biurowej w wydaniu policyjnym), obserwujemy jak jedni żyją dużo ponad stan, a inni stale muszą pożyczać, wałęsamy się z nimi po nocy, po burdelach, po lasach, ścigamy się i trzeźwiejemy na komendzie.

Taki flow… Luzik bycia policjantem…

Ale w pewnym momencie pełna wtopa: Bartłomiej Topa (w filmie: sierżant Król) zostaje podejrzany o zabicie kumpla. Nie może tego pamiętać, bo jak pisałem wcześniej – nocą drogówka spędza czas na wyścigach i w burdelach. Udaje mu się uciec przesłuchującym go policjantom i zaczyna dochodzenie na własną rękę. Dokąd go zaprowadzi? Do wielkiej afery, która przekracza skalę zarówno jego wyobrażeń, jak i wcześniejszych układów w realiach życia na komendzie. Okazuje się, że zamordowany kolega świetnie żył nie tylko z pożyczek, których udzielał kumplom, i nie tylko z łapówek od kierowców…

Film Wojciecha Smarzowskiego, tak jak wcześniejsze „Róża” czy „Dom zły” to opowieść o mrocznym, brudnym świecie. Przekleństwa, prymitywny seks, mętne okolice. Nic nie jest wystarczająco białe, nic nie jest odpowiednio czarne, nawet główny bohater nie jest bez skazy, bo nikt nie jest bez skazy. Smarzowski nurkuje wraz z nami w ludzkim szambie, ale choć widzimy, jak jeden z jego bohaterów (sierżant Petrycki, doskonale grany przez Arkadiusza Jakubika) sięga dna moralnego upadku, to przecież i w jego życiu, w spokojnym domowym życiu widzimy jakąś nadzieję: nie są do końca podli, źli, brudni, odrażający. Może Petrycki pieprząc się z ruskimi dziwkami i kochając (głośno) z własną żoną, to nie jest taki ostatni podlec? Może w jego solidarności z głównym podejrzanym jest jakiś pierwiastek humanizmu?

Może na świecie nie ma samego zła i w kontrze do niego – samego dobra? Bo co, jeśli istnieje tylko zło, wielkie zło i mniejsze zło? Przecież wszyscy bohaterowie u Smarzowskiego są w jakimś sensie upaprani życiem. Nawet małoletni syn sierżanta Króla rozważa wzięcie łapówki za ustawienie meczu z kolegami z podstawówki…

Trochę pieprzę? Nie, ten film wywołuje skojarzenia myślowe typowe dla moralitetów, ale robi to bez nachalności, którą opisywałem ostatnio na przykładzie „Sępa”. Nie dostajemy umoralniającej pogadanki – dostajemy obraz, a wnioski musimy wyciągać sami.

fot. dro_kolaz

TU PACZ! Takie kino ma moc! Filmowanie ludzkiego bagna to specjalność Smarzowskiego, a jego wielkość polega na tym, że pozwala on widzowi na samodzielne trawienie wydarzeń i postaci. Już samo zakończenie „Drogówki” motywuje do przemyśleń: może jednak walka samotnych jeźdźców ma sens, może nie wszystko musi mieć taki finał, może są sprawy ważniejsze niż wygoda, dobre ustawienie się we własnym środowisku?

Czytałem kilka dziennikarskich recenzji „Drogówki” i już widzę to „zmęczenie materiałem”, ten zarzut konformizmu, pójścia na łatwiznę – bo cóż jest łatwiejszego niż nakręcenie paru debilnych policjantów z suszarkami? Czytam, jak pojawia się wątek powtarzalności w klimatach, w narracji, w bluzgach i wódzie… Że to kino przewidywalne. Że Smarzowski kręci (się), owszem, ale głównie wokół własnego ogona.

To… media kręcą się wokół własnego ogona! Smarzowski i jego aktorzy nie pozwalają im spokojnie zasnąć, wrzeszcząc nad głową własnymi dziełami. Dobrze, że wrzeszczą. Lepsze to niż usypianie na ekranie.

Oficjalny zwiastun „Drogówki”:

Tagi: 
Do góry