Casual Friday, czyli jak upodobniłem się do Wykałaczki.

23-02-2013, 09:00
Kategoria: 

Casual Friday, czyli jak upodobniłem się do Wykałaczki.

Facet, jaki jest, każdy widzi. I czasami czuje. Miałem wczoraj spotkanie w męskim gronie, niestety. Nie mówcie mi już nigdy więcej, że mężczyzna potrzebuje innych mężczyzn po to, by stać się do nich podobnym! Ja tak nie chcę! Ale wczoraj chciał, nie chciał, stałem się podobny do innego faceta. Ściślej: do Pana Wykałaczki.

Siedmiu wspaniałych. Niewielka sala konferencyjna. Jestem prawie spóźniony, wchodzę, czuję, widzę. Samce alfa. Siedem prawie jednakowych garniturów. Siedem prawie jednakowych koszul w delikatne prążki-paski. Siedem par czarnych trzewików. Siedem par czarnych skarpet. Siedem równie krótko podciętych fryzur. Siedem szyj i siedem zadzierzgniętych pętli z krawata.

K…a, trafił mi się casual friday!

Ja – w ciężkich sznurowanych glanach, czarnych wąskich dżinsach, ciemnografitowym t-shircie w demoniczne wzory i czarnej, postrzępionej marynarce. Plus cienki, żółty szalik.

Oni: – Hmmm…

Ja: – Hmmm…

Oni: – Proszę zaczynać…

Masz czasem tak, że pojawiasz się w złym miejscu, w złym czasie, w złej atmosferze i wszystko masz złe? I odstajesz? I wiesz, że odstajesz?

I co wtedy? Czujesz wyrzuty sumienia, chcesz żeby ta zapadnia, której zwykle używa się do wykonywania wyroków śmierci, zapadła się właśnie pod tobą i błagasz: niech już będzie po – czy wręcz przeciwnie, masz wszystko w pompie, bo jak cię mają kupić, to niech cię kupią w całości, łącznie z mózgiem i tym głupim strojem klauna?

Czuję się najgorzej, bo łączę oba te stany. Mam bezgraniczną świadomość odstawania i bezczelną pewność, że przyszedłem sprzedawać swój mózg, a nie powierzchowność. Chciałbym być nimi, stać się ósmym garniturem, ósmym krawatem i ósmą czarną skarpetą – i jednocześnie mam dziką radość, że mój  garnitur jest jedynym w towarzystwie seledynowym garniturem, krawat jako jedyny ma kwiatki, a skarpeta jest w kolorowe prążki. I możecie mi skoczyć, i wstyd mi z tego powodu.

Najgłupsze uczucie:  biznesowa schizofrenia.

W gronie samców alfa, którzy nie zwykli się przedstawiać, bo jesteś 754 firmą biorącą udział w ich przetargu, zawsze trzeba wiedzieć, do kogo się zwracać. Wyczuć to, nawiązać łączność wzrokową, kłapnąć mu powiekami – cześć, czuję cię, wiem, kim jesteś, do ciebie gadam, ojcze dyrektorze.

Jak rozpoznać, który jest najważniejszy pośród Siedmiu Jednakowych? Ten ze srebrnym sygnetem na małym palcu? Myślisz, że facet, który wkłada srebrny sygnet, robi to po to, by dominować? Pozwoliłabyś swojemu misiowi wyjść do miasta ze srebrnym sygnetem na łapach? Złoty ząb, to rozumiem. Ale sygnet?

Brzuch. Szukaj brzucha! Teoretycznie najważniejszy powinien być ten, który zgromadził najwięcej sadła: ma najmniej ruchu, to do niego wszyscy przychodzą, on – do nikogo nie musi. Myślisz, że męski kałdun  może być symbolem dominacji? Tego z największym brzuchem skreśliłem jednak od razu, za bardzo się pocił. Koszula o dwa rozmiary za duża tworzyła mu nad spodniami drugi po brzuszysku  grzybek. Albo ja się nie znam na korporacjach, albo szefowie nadal mają darmowe karnety do siłowni. Gruby odpada.

Silikonowa opaska tuż nad nadgarstkiem. Czarna. Z wytłaczanym napisem SUCCESS. O! To musi być ten! Ale… on nic nie mówi. Osiąga sukcesy milczeniem? Przytakuje, notuje, uśmiecha się na hasło  „uśmiechamy się!”, patrzy nieobecnym wzrokiem. Pozwoliłabyś swojemu facetowi spoglądać na ciebie nieobecnym wzrokiem? Zaraz by dostał w czapę pytaniem – no i co się tak gapisz, idź pozmywaj po obiedzie! Więc: to nie ten. Nie ten typ.

Spinki? Od pewnego szczebla zarządzania po spinkach nie da się rozróżnić hierarchii. W korporacjach każdy ma spinkę w mankiecie. Pozwoliłabyś swojemu facetowi wyjść do pracy w koszuli bez spinek? Oszalałaś??? Żeby go wyrzucili?!

Szczęka! Podążaj za męską szczęką! Podobno szefowie mają szczęki mocno wysunięte do przodu, a podwładni chowają szczękę głęboko w siebie – najgłębiej jak mogą – żeby ich było mniej i przez to, żeby mniej rzucali się w oczy. Im szczęka jest bardziej, tym samiec jest wyżej.

Ale tu wszystkie szczęki jednakowe, żadna nie należy do Johna Wayne’a ani nawet do Nicka Nolte – jak poznać szczękę numer jeden? Zresztą, czy pozwoliłabyś, żeby twój facet miał szczękę podobną do innych? Zaraz musiałby zapuścić brodę albo choć dwudniowy zarost. Bo o ile kobiety chcą, żeby ich mężczyzna się wyróżniał, o tyle mężczyźni szukają sposobu, by upodobnić się do innych, prawda? Stąd wzięło się nasze słynne męskie hasło: „Być jak John Malkovich”.

Więc – który? Nie można gadać z Kosmosem, trzeba wybierać, szukać nici porozumienia, pozyskać szefa choćby z łapanki.

I nagle: mam cię! Jest! Siedzi. Dłubie wykałaczką w zębie! To ON! To musi być on!

Powiedz szczerze, kto z członków komisji przetargowej ma przywilej dłubania wykałaczką w zębie, gdy rzecz dzieje się po lunchu i jest frajdej??? Tylko numer jeden. Mówię zatem do Wykałaczki, rozmawiam z Wykałaczką, przekonuję Wykałaczkę, a nawet uśmiecham się do niej. Niego.

On – trafiony! Zgwałcony intelektem i wzrokiem. Mówi na zakończenie: bardzo interesująca prezentacja – ja umieram ze szczęścia – Wykałaczka mnie docenił, ja zobaczyłem w nim szefa! – a on rzuca na odchodne: mam w domu taki sam szalik!

…wamać! Wiedziałem, że do kogoś w tym gronie trzeba się będzie upodobnić! Ale żebym musiał do Wykałaczki???!

Fot. Jason Lloyd-Evans

Do góry