Bindella punktuje! Niemiecka kawa z Kolumbii. Sehr Gut!

06-02-2013, 09:12
Kategoria: 

Bindella punktuje! Niemiecka kawa z Kolumbii. Sehr Gut!

Biorę się za trzeci, smakowity test. Tym razem kawa. Mocna, parzona o poranku, stawiająca na nogi po kolejnej nieprzespanej nocy. Jesteś kawoszem? To wiesz, co mam na myśli, gdy piszę: ta kawa daje kopa!

Próbowałem naprawdę wielu kaw. Parzyłem je po turecku, parzyłem w kawiarce, w ekspresie ciśnieniowym, parzyłem w przelewowym, kupowałem chyba każdy rodzaj kawy rozpuszczalnej, sam mieliłem ziarna i pozwalałem, by mielono je w sklepie. Kawą, która radykalnie zmieniła mój stosunek do tego napoju jest od niedawna niemiecki „skarb Kolumbii”, czyli Neiva, jedna z marek-rarytasów firmy Dallmayr.

Parzę ją – jeśli można tak powiedzieć – po staroświecku, w dwóch ratach i dwóch małych dzbankach. Neiva jest odpowiednio zmielona; ani grubo, ani zbyt cienko. Do niezbyt dużego dzbanka wsypuję 3-4 łyżeczki kawy i zalewam wrzątkiem mniej więcej do połowy wysokości. Kawa tworzy na powierzchni dość grubą warstwę, po chwili trzeba lekko wymieszać ją łyżeczką, fusy opadają niżej i  tworzy się piękna pianka, a ja dopełniam dzbanek wrzątkiem. Po ośmiu minutach – tak jak radzi producent, warto ich czasami słuchać! – przelewam kawę do właściwego dzbanka, przez sitko, a stamtąd prosto do filiżanek.

To działa! Pachnie! Robi wrażenie i wygląda. Taką kawę pije się inaczej, spokojniej, można się nią prawdziwie delektować.

Fot. dalm_kolaz

Kawa Dallmayr jest palona w Niemczech, w Monachium; pali się podobno aż 200 ton ziarna (Arabica) dziennie. Kraj producenta jest  ważny i już śpieszę wyjaśnić, dlaczego. Wśród polskich konsumentów dość powszechne jest przekonanie, że produkty pochodzące z krajów Europy Zachodniej są jakościowo lepsze. Ludzie mówią tak o proszkach i płynach do prania, o dezodorantach robionych na lokalny, zachodni rynek, o słodyczach i napojach, mówią też tak o kawie.

Może się ze mną zgodzisz, może nie – ja to zdanie podzielam, niestety. Kupowałem Jacobsa we Włoszech, kupowałem w Niemczech, w Austrii, Francji – i w Polsce. I mam wrażenie, że do Polski trafiają jakieś kawowe popłuczyny. Kawa, która trzymana w puszce przestaje pachnieć po kilku dniach, nie jest dla mnie dobrą kawą. Kawa, która po zaparzeniu nie ma zapachu, nie jest dobrą kawą. Kawa bez pianki – również. A takie bywają kawy w naszym kraju.

Neiva Dallmayra pachnie aż do samego dna opakowania. Ma bogaty bukiet zapachowy z lekką nutą cytrusów. Jest odrobinę pikantna, ale bez przesady, miękka, przyjemna w smaku. Potrafi być naprawdę bardzo mocna, ale nie zabija goryczą. Kupuję i widzę ją w bardzo różnych sklepach, od Almy i Carrefoura, aż po mały sklepik na osiedlu, więc sądzę, że z dostępnością do produktu nie ma specjalnego problemu.

Podoba mi się zarówno wielkość opakowania (250g), jak i stylistyka designu – może miałbym nieco pretensji do autorów opakowania, że poszli z tekstem opisów w zbytnią dyskrecję. Jest słabo wyodrębniony z tła, trudno się czyta, a ja – podobnie jak wielu konsumentów – oglądam w sklepie to, co kupuję. I czytam, niestety, z okularami na nosie.

Podsumujmy: Kawa Dallmayr Neiva jest dobrą, świetnie ułożoną kawą. Przywraca mi wiarę w jakość palenia ziarna kawowego, jakość mielenia i sposób pakowania. Pomaga przetrwać poranki. Nie jest zbyt wymagająca (całkiem dobrze wypada też w kawiarce), a dobrze zaparzona oddaje smak i aromat. I bezbłędnie stawia na nogi. Czego więcej chcieć od kawy?

Punktacja

Neiva Dallmayra zyskała 43 punkty. Stopień zgodności z ekologią oceniłem odrobinę na słowo honoru, na podstawie lektury stron internetowych producenta. Zapewnia on, że 30 procent ziaren kawy pochodzi z gospodarstw certyfikowanych przez Rainforest Alliance, działającego na rzecz ochrony środowiska i zrównoważonego rozwoju. (Co z pozostałymi 70 procentami???) Niskie punkty za pomysłowość wykonania i ekspozycję w sklepie biorą się w faktu, że produkt jest „zbyt niemiecki” jak na polski rynek: nie widać specjalnej opieki merchandiserów i nie widać specjalnych oryginalnego pomysłu na opakowanie. Ale może to i lepiej. Może dzięki temu nikomu nie przychodzi psuć produktu poprzez palenie ziaren, uszlachetnianie i pakowanie w Polsce. 

Do góry