Zimowe gorące wspomnienia z Maroka

27-01-2013, 15:30
Kategoria: 

Zimowe gorące wspomnienia z Maroka

Niechby się już skończyła, zima gupia ta! Przeglądam stare (nie tak znowu) zdjęcia i trafiłem na pakiet listopadowych fotografii z Maroka: w Agadirze plus 20 stopni, w Taroudant ponad 30… I przez cały dzień czyste, słoneczne niebo. A tu na zewnątrz… minus dziewięć. Ja chcę do ciepłego!!!

W sumie już teraz powinno się planować i kupować tanie wakacje. Ale nie wiem jak masz ty, bo ja rzadko planuję z długim lub bardzo długim wyprzedzeniem. Znam człowieka, który ma już wykupione bilety i hotele w Australii i Nowej Zelandii w grudniu tego roku. Może tak można. Ale dla mnie to brzmi jak wyrok. Wolę planować… spontanicznie.

Fota: Maroko 2

Takie było Maroko. Szybkie, bez planowania, skok na tanie przeloty z Frankfurtu i po kilku godzinach już w Agadirze. Ale Agadir nie zrobił na mnie dobrego wrażenia, ruiny kasby, souk, turyści, turyści, turyści… nawet o tak dzikiej porze, jak listopad! Pojechałem do Taroudant, miasta z najwyższą średnioroczną temperaturą w Maroku, gdzie musiałem znaleźć kilka płytek marokańskiej glazury; zamówienie od Joli Lipki, której zdjęcia i stronę internetową niedawno tu polecałem.

Pierwszy lepszy autochton, student, bez pudła rozpoznał we mnie turystę z Polski (a przecież nie byłem od stóp do głów ubrany w dżins, nie miałem plastikowej reklamówki ani czapki z napisem Poland lub Polska Gola! – skąd oni, cholery jedne, to wiedzą?), a jak już mnie rozpoznał, to nie odpuścił:

– Dawany, pan, dawany?! Tanie, zero zloty!

Fota: Maroko 3

No i zaprowadził mnie na rodzinną prezentację „dawanów”, grubo tkanych kilimów i przepięknych, ważących tonę i tyleż kosztujących dywanów. On wiedział, że nie kupię, ja wiedziałem, że nie kupię, ale czyż nie jest miło przy okazji poranka usiąść sobie przez chwilę nad szklaneczką miętowej, marokańskiej herbaty? I pogadać o niczym? Było miło. Student zaprowadził mnie później do sprzedawcy glazury, potem poszedłem z nim na souk, kupiłem – przecież obowiązek – kapciuchy i nieduży dywanik, który dziś leży na moim stole. Pół dnia włóczyliśmy się razem po mieście, wchodząc na pięknie zachowane mury obronne, myszkując po medinie, aż wreszcie mój student ulotnił się, widząc we mnie bardziej zabłąkanego fotoreportera niż potencjalnego klienta.

Fota: Maroko 4

Kolejne dni to wyprawa w góry Antyatlasu, zamieszkane przez Berberów. Czerwone, porośnięte roślinnością, która sprawia wrażenie jakby była formą zamszu pokrywającego zbocza. Poniżej – arganowe drzewa z cudnie zielonymi kolorami, wybijające się ponad czerwono-rdzawe tło gór. Po kilkunastu serpentynach – wielkie skały, olbrzymie głazy i kamienne ściany, tworzące niedostępne pasma, straszne nieco, fascynujące. Osady, kręte drogi, urwiska i mgła na przemian z czystym słońcem. Gdzieś tam mieszka zapewne Allach – najpiękniejsze widoki, jakie widziałem w Maroku. Boskie, czyste.

Fota: Maroko 5

Fota: Maroko 6

W drodze do Tafraoute, maleńkiego berberyjskiego miasteczka, stanąłem w jednej z lokalnych „wytwórni” oleju arganowego… Kobiety, jak przed stuleciami, rozbijają orzechy i wybierają z nich ziarna, tłoczą olej naturalnymi metodami. Orzechowych łupin używają jako paliwa: żar z nich przypieka najlepsze podpłomyki świata. Każdy turysta dostaje na spróbowanie i każdy kupuje.

Tu jednak turystów jest mało, większość wybiera plażowanie w Agadirze. W Tafraoute można kupić genialne przyprawy i charakterystyczne berberyjskie buty ale inne niż te w większych miastach. To prawdziwe Maroko: wolne od tłumów, serdeczne, żyjące powoli, gorące…

Fota: Maroko 7

Fota: Maroko 8

Przy minus dziewięć… człowiek rozgrzewa się na samą myśl, że widział cudny ocean…., że włóczył się przez tydzień bezdrożami, walczył z samochodem i zalewającymi drogi strumieniami, pocił się w listopadowym słońcu i myślał… żeby tak trochę chłodu…

No i mam, co chciałem. Brrrr… Wrrrr…

Tagi: 
Do góry