Trochę staroświecka proza. Ale to złudzenie.

24-01-2013, 15:30
Kategoria: 

Trochę staroświecka proza. Ale to złudzenie.

Wyszukana na półce przypadkiem. Wpada w oko dzięki okładce. „Co na kolację?” to tytuł powieści  Jamesa Schuylera, wydanej u nas przez WAB, a rekomendowanej w serii Nowy Kanon we współpracy  z prestiżowym The New York Review of Books. Mroczna, świetna komedia obyczajowa o alkoholizmie, cudzołóstwie i obłędzie,

– Co na kolację ? – pyta w jednej z pierwszych scen Norris Taylor i, zdaje się, zadaje to pytanie żeby uniknąć odpowiedzi na inne, rzucone  chwilę wcześniej przez żonę.

– Ciekawe co zrobisz, kiedy mnie  zabraknie. Czy planujesz ożenić się ponownie?

– Co na kolację? – powtarza kwestię nieco już znużony  Norris.

– Pewnie pojedziesz na jakąś wycieczkę i kogoś poznasz, więc nie warto zawczasu dociekać, na kogo wypadnie. Przytomnie, sama sobie, odpowiada Lottie. – Klopsiki – dodaje.

Lottie i Norris wciąż są razem,  nawet rozmawiają, tylko czy można to nazwać związkiem?

James Schuyler – amerykański poeta, jeden z najważniejszych z cenionej Szkoły Nowojorskiej, laureat Pulitzera za tom wierszy „The Morning of the Poeme”, nie należy do grona tych amerykańskich pisarzy, o których mówimy: modni. W pewnym sensie – jest kompletnie niemodny. Szerzej nieznany, zapomniany przez czytelników powraca jednak w pięknym  stylu! Napisał ledwo trzy powieści i kilka sztuk scenicznych. Umarł w 1991 roku, mając tylko 68 lat.

W „Co na kolację” zabiera nas w na prowincję Stanów Zjednoczonych  i jest to podróż do przeszłości: mamy połowę lat siedemdziesiątych. I, aha, na kolację u Taylorów nie  będzie klopsików, do  Norrisa i Lottie przyjdą z wizytą znajomi z dziećmi, starszą panią Delehantey i kotem na smyczy. A pani domu będzie się wymykała do kuchni, żeby zdrowo pociągnąć z gwinta.

Świetne językowo, dowcipne scenki codziennego życia zwykłych ludzi są mocną stroną tej niby-to  staroświeckiej w duchu powieści. U Schuylera dar obserwacji idzie w parze z biegłością słowa (tu ukłon w stronę polskiego tłumacza  Marcina Szustera), dostajemy bowiem powieść perfekcyjną i pomimo upływu wielu lat, bardzo współczesną. A przypomnijmy, że pierwsze wydanie pochodzi z 1978 roku.

Znakomita jest fotografia na okładce polskiego wydania, to ona przyciągnęła moją uwagę, na półkach książka goni książkę, niełatwo sie zdecydować kupując nowość. Tymczasem tutaj – ta kobieta…, ten gest dłoni.., to zgięcie przegubu, papieros ledwo chwycony ustami, szklaneczka z whisky. Ta kobieta pije. Ta kobieta nie jest szczęśliwa.

Co najbardziej zaskakujące, książka z dramatem w tle, do tego – niejednym, naprawdę jest komediowo zabawna, a gdyby mi nie groziło, że popadnę w zbędny patos, mógłbym nawet powiedzieć – głęboko humanistyczna i jednocześnie jakoś nadnaturalnie lekka. Spodoba się tym z was, którzy pokochali zdesperowane gospodynie domowe z  serialu „Gotowe na wszystko”.

Cóż, w powieści Schuylera Lottie trafia na odwyk, a mąż do łóżka wesołej wdówki z sąsiedztwa. Banał, doprawdy, prawda? Ale mamy tu także pyszne opisy seansów terapeutycznych z udziałem członków rodzin „osadzonych” w tym ni to szpitalu, ni to oddziale dla znerwicowanych i nadużywających alkoholu.

To jedne z najciekawszych scen w tej książce. Są lata siedemdziesiąte, gburowatemu panu Mulwinowi, właścicielowi sieci aptek z „kulą armatnią stresu w brzuchu”, serwuje się więc elektrowstrząsy. Pani Brice straciła w wypadku jedynego syna. Lottie Taylor pije, ponieważ… no właśnie, dlaczegóż ona pije? Berta jest późną hippiską, nie wie czego chce od życia, najchętniej słuchałaby muzyki i paliła trawkę, na to „jest jednak za mądra”. Pani Judson nie widzi sensu w ogóle...

Skąd my to wszyscy wszystko znamy? Piekło rutyny, nuda, powtarzalność, brak sensu, brak celu... Wirtuozerska proza człowieka, który bardzo stara się zrozumieć swoich  bohaterów.

W wierszu „Potem”, jednym z nielicznych podobno, w których Schuyler naprawdę się odkrył, napisał:

Potem
nie różni się od przedtem. Noc
łagodnie się domyka. Nie mogę
otworzyć tej fiolki: i oto
już, wszystkie pigułki leżą
„rozsypane jak gwiazdy na”
dywaniku, który jak na złość jest
tego samego koloru co pigułki. Czy
zdarza wam się głośno kląć,
kiedy jesteście sami (...).

James Schuyler, “Co na kolację” – polecam na weekend. Zaskakująco świeża stara proza. Prawdziwe odkrycie.

Tagi: 
Do góry