Podróż do wnętrza siebie i z powrotem. Z kilkoma ważnymi pytaniami.

07-01-2013, 10:20
Kategoria: 

Podróż do wnętrza siebie i z powrotem. Z kilkoma ważnymi pytaniami.

Wiesz, dlaczego wyszedłem z korporacji? Przecież wcale na nią nie narzekałem tak mocno, by gwałtownie kopnąć ją w dupę po latach toksycznego związku. Nie: spotkałem tam fajnych ludzi, użyźniałem seksem firmowe biurka, piłem hektolitry kawy w kuchence na piętrze, gwałciłem się intelektualnie. Było spoko. A wyszedłem, bo chciałem uspokoić własne życie, wyhamować.

Nie wiem, czy ten moment we mnie dojrzewał, a ja tylko nagle podjąłem decyzję, w każdym razie dokładnie dwa lata temu, w jedną ze styczniowych śród obudziłem się i powiedziałem – kurwa, po co ja tam idę? Nawet gorzej powiedziałem. No bo i po co? Czemu służę, co popycham do przodu, czyje problemy rozwiązuję, może własne? Nie!!! Własnych problemów miałem od cholery, firma mogła dać mi wszystko, od pieniędzy po nowego Samsunga Galaxy, dawała mi wszystko i niczego, co naprawdę chciałbym, nie mogła mi dać.

Właśnie to było zabójcze. Boss: – Czego ci potrzeba, Jachu? Chcesz urlop, weź urlop. Chcesz zmienić staff, samochód, profil działania, chcesz premię, nowych klientów, nie ma sprawy! Jesteś nam potrzebny. Kto Jachu, jeśli nie ty, Jachu?

Tak zawsze mówił, myśląc (do pewnego momentu zupełnie słusznie), że firma to całe moje życie. Bo jakie możesz mieć życie, jeśli w ramach ośmiogodzinnego dnia pracy zapieprzasz do dwudziestej, wychodzisz do pubu i gadasz o projektach, wracasz do domu i odbierasz maile, które przyszły w międzyczasie, opieprzasz kogoś nocną porą i żądasz efektów na ósmą rano, siadasz w fotelu ze szklanką Bourbona i myśli biegną ci do niedokończonych spraw, do terminów, nowego pomysłu, do klienta i do biznesowego lunchu, do marynarek, które trzeba odebrać z pralni, bo czekają od tygodnia, do szkolenia, które trzeba zrobić i do dziewczyny, którą trzeba będzie zwolnić, bo nie nadąża za innymi.

Nadążać! Zdążyć! Nie spóźnić się z terminem! Nie zwlekać! Nie zapomnieć!

Wolne weekendy i święta były makabreską: brakowało codziennej adrenaliny, a jogging, seks, boks i rower w parku nie dawały takiego kopa, jak wojna z materią projektów na jedenastym piętrze firmowego wieżowca.

W tę środę, ważną dla mnie, śnił mi się urlop. Prawdziwy urlop. Przeniosło mnie w snach do Liepai, nadmorskiej mieściny na Łotwie, którą kiedyś służbowo odwiedziłem i w której znajduje się genialnie piękny, butikowy hotel Promenade. I śniłem, że chodzę po tym hotelu w białym szlafroku, nic nie robię, nic nie muszę, patrzę na port, piję herbatę.

I najważniejsze w tym śnie było to, że nie muszę i że nadążam! Nie gonią mnie i ja nie gonię. Nie spoglądam na zegarek i nie mówię FAAAAAK! JAK PÓŹNO!

Ja po prostu spacerowałem. Wolno i spokojnie. Na wyciszeniu.

Wiesz, co się mówi po takich snach i po takim postawieniu sobie życiowego pytania? Mówi się albo pierdolić to, albo mówi się pierdolić to i idzie się do pracy. Ja powiedziałem pierdolić to w wersji pierwszej. Nie wyszedłem z domu. Nie zadzwoniłem do nikogo. Ubrałem szlafrok i zrobiłem sobie hotel Promenade we własnym domu.

Udzieliłem sobie błyskawicznej odpowiedzi na pytania typu – dokąd się śpieszysz, po co tak gnasz, co chcesz osiągnąć, co ci to daje, jaki jest cel, czy nie szkoda ci zdrowia, jak długo można, ile jeszcze wytrzymasz oraz na staropolskie na chuj ci to?

Wyszło mi, że nie mam żadnej dobrej odpowiedzi na żadne z prostych pytań. Kiedy zbudowałem sobie architekturę mojej osobistej marki, nie mogłem ustalić ani osobowości, ani korzyści ze mnie płynących, ani życiowego sloganu, ani nic. Robiłem to każdego dnia – spod dużego palca – dla klientów i swojej firmy, a dla siebie nie potrafiłem zrobić.

Po tygodniu byłem już poza. Oddychałem. Teraz, po dwóch latach od ucieczkowej środy i spacerowego snu, mogę powiedzieć, że oddycham. Żyję wolniej, choć nie umiem jeszcze żyć całkiem wolno. Dlatego wkleiłem na starcie do tego komentarza przesłanie marki internetowego sklepu, który dzisiaj wynalazłem – hi-everybody.pl, ponieważ ono całkowicie mi odpowiada. Żyj wolno, idź własną drogą, rób coś z pasją, rób to, co kochasz. Tak żyję. Przypasowali mi z tym tekstem. I może nawet kupię od nich koszulkę Slow Down.

Dziś rano przeczytałem magazyn „TRENDY. ART OF LIVING” i w pełni rozumiem starego wygę, Marka Kondrata. Powiedział coś takiego: Nauczyłem się cenić wolną, niezagospodarowaną przestrzeń.

Właśnie tak. Właśnie to.

TU PACZ! Przy okazji moich kombatanckich wspominków. Zerknij sobie na kolaż zdjęć z hotelu, który przyśnił mi się jako symbol-statua wolności. Nie jest to kurort, nie są to Kanary, to tylko Łotwa, ale za to z niesamowitym charakterem. Klimatyczny.

Doskonały na otrzeźwiającą podróż do wnętrza siebie – i z powrotem. Może też będzie ci potrzebna.

Hotel Promenade.jpg

Tagi: 
Do góry