Niemożliwe, czyli płacz, maleńka… płacz, chłopie…

26-01-2013, 20:43
Kategoria: 

Niemożliwe, czyli płacz, maleńka… płacz, chłopie…

Zabierzcie chusteczki do kina! Nie wstydźcie się łez! Ten film pomyślano do płaczu: ryczą kobiety i dziewczęta, pochlipują starsi panowie, gardło ściska także waszego Bindellę – a nie ściskałoby, gdyby nie świadomość, że „Niemożliwe” to filmowa historia niemal wiernie oddająca fakty.

Gdzieś w tyle głowy kołacze mi się natrętna myśl, że nie byłbym zadowolony z tego filmu, gdyby był kolejnym dreszczowcem, wydumanym przez scenarzystę w zaciszy gabinetu, z whisky i cygarem w dłoni. Ale ten scenariusz napisało życie. „Niemożliwe” – film hiszpańskiego reżysera Juana Antonio Bayony, który dziś wszedł do kin – to opowieść o prawdziwych losach hiszpańskiej rodziny, którą na wybrzeżu Tajlandii zaskoczyła w 2004 roku gigantyczna fala tsunami.

Wiesz, co w tym filmie jest naprawdę dobre?

Kilka przejmujących momentów, gdy na ekranie nie ma nic prócz czerni i gdy z głośników sączy się przejmująca, podwodna „cisza”. Wszystkie sceny z wodą w roli głównej. Wszystkie elementy scenograficzne, które doskonale wprowadzają nas w klimat filmu, łącznie z charakteryzacją głównej bohaterki, Marii, granej przez Naomi Watts.

Fot. Impos_kolaz2

Dramat rozpoczyna się pogodnie, jak zawsze każdy dramat. Sielanka. Witamy w raju! Młoda rodzina: Maria, jej mąż Henry (Ewan McGregor) oraz ich trzej małoletni synowie Lucas, Thomas i Simon przyjeżdżają na Boże Narodzenie do nowiusieńkiego kurortu w Tajlandii. Wiesz, kupili first minute, cieszą się każdą chwilą, zwłaszcza że Henry’emu grozi utrata pracy, dają dzieciom prezenty; zachowują się normalnie, prawie jak Polacy w Hurghadzie. Czyli: używają basenu, smarują plecy, kopią plażową piłkę, tańczą, śpią i piją drinki. Byłeś/byłaś w takim raju? No to wszystko wiesz.

Ale potem pojawia się TO.

Fot. Impos_kolaz

Scena z potężną falą, która czyni z ludzi maluczkich, domy czyni pudełkami od zapałek, a wielkie drzewa palmowe – zapałkami, uuuuch!, to jest temat  godny hollywoodzkiego kina. W tym miejscu można by zacząć trochę filozofować i żartować z technicznych możliwości, które daje sztuce filmowej współczesna informatyka, ale żartom mówimy stop, bo mamy do czynienia z dramatem, który dotknął 200.000 ludzi. Każda próba udokumentowania tragicznych wydarzeń w postaci filmu zasługuje na uznanie, zwłaszcza, jeśli może wydawać się zadaniem ponad siły kinematografii hiszpańskiej.

A jednak jest to próba udana. Bayona nakręcił sceny przetaczania się żywiołu po mistrzowsku. Realistycznie, aż do bólu. Ujął cały ogrom tsunami i niemal cały chaos – po nim. I ciszę, po nim. Nie epatował nas mocą aktorskiego kunsztu, obsadził w roli głównej wodę, żywioł. I dodam, że od chwili pojawienia się w kadrze wielkiej wody, film nie pozwala spojrzeć na zegarek, trzymając w napięciu niemal do ostatniego momentu.

Maria ratuje Lucasa, najstarszego syna. O losach pozostałej trójki nie wiemy nic. Syn i matka ratują się wspólnie, brnąc poprzez zalaną wodą obcą przestrzeń. Dzięki pomocy przypadkowych osób, mieszkańców okolicznych wiosek, dostają się do szpitala – Maria w stanie krytycznym, syn w niezłej kondycji. Lucas próbuje pomagać innym, robi to, co powinien, ale w nadmiarze wziętych na siebie obowiązków traci kontakt z matką. Ktoś ją przewiózł w inne miejsce, ktoś uznał za zmarłą…

Co z Henrym? Co z dwójką młodszych dzieci? Henry popełnia głupi, żałosny, nieodpowiedzialny błąd i jest wielkie prawdopodobieństwo, że także on straci kontakt z synami. Starszy z dwójki dzieci ma raptem 7 lat…

Film rozczula w tak wielu miejscach i w tak wielu miejscach smyczki orkiestry grającej podkłady muzyczne podbijają emocje, że wyjść z kina bez ściśniętego gardła, to duża sztuka. No, może przesadzam, proszę mnie poprawić, jeśli jest inaczej. Ewan McGregor mówi, że ten film wyzwalał emocje w samych aktorach jeszcze w fazie kręcenia i przygotowań do jego realizacji. Można to zrozumieć, bo widać te emocje na ich twarzach. Dialogi powstawały wspólnie z rodziną, która była pierwowzorem dla oglądanych postaci – żaden scenarzysta nie napisałby, twierdzi McGregor, czegoś tak okrutnie prawdziwego.

TU PACZ! To jest także film o ludzkiej niezłomności, bohaterstwie, solidarności i bezinteresowności. Choć przypadkowo poznany Amerykanin wie, że bateria w jego komórce jest na wagę złota, oddaje telefon Henry’emu, bo on sam nie ma już nadziei na dodzwonienie się do kogokolwiek. Tajowie, którzy wyciągają Marię przez błota, starsza kobieta (w tej roli Geraldine Chaplin!), która pociesza samotnego chłopca, Maria, która ratuje z odmętów małe dziecko – to są cisi bohaterowie tego dramatu.

Naprawdę dobre, hiszpańskie kino. Bez emfazy, bez umoralniających tyrad, bez rozdzierających serce krwawych scen – prawdziwa opowieść o prawdziwych wydarzeniach. W tym kontekście razi nieco hollywoodzkie zakończenie, ale niech tam: spędziłem dwie godziny zupełnie pozbawiony kontroli nad czasem – film  wciąga, budzi emocje, trzyma w napięciu. Czego chcieć więcej od kina?

Tutaj – oficjalny zwiastun „Niemożliwego”:

Tagi: 
Do góry