Nie rozśmieszajcie mnie już. Nie kręćcie polskich komedii.

31-01-2013, 18:06
Kategoria: 

Nie rozśmieszajcie mnie już. Nie kręćcie polskich komedii.

Film „Podejrzani zakochani” jest wyjątkowy, ponieważ aktorzy grający w nim główne role zapłacili za własny występ. To sensacyjna nowość w polskim kinie! Kto zagrał? Wódka Wyborowa, portal Sympatia.pl, sklep Organic, Hotel Polonia, Citroen oraz iMac.

W pozostałych rolach obsadzono Bartka Kasprzykowskiego (Albert, producent telewizyjny), Sonię Bohosiewicz (Barbara, adwokat), Weronikę Książkiewicz (Ludmiła, doktorantka ze Wschodu), Rafała Królikowskiego, który gra w podwójnej roli – Olega, rosyjskiego oficera i Aleksa, kiepskiego aktora, czyli siebie. Jest jeszcze przez chwilę Katarzyna Figura, nieco dłużej Rafał Rutkowski oraz Hai Bui Ngoc, który gra postać Kitajca z pilotką na głowie. Już sam ten widok (hahaha, Kitajec z pilotką na głowie!!!) powinien budzić salwy śmiechu. Niestety, jak cały film, nie budzi.

Za duże kina zbudowaliśmy, pomyślałem, wychodząc po emisji razem z nieliczną grupką widzów, którzy spokojnie zapełniliby jeden rząd. Po lewej stronie sali siedziała gromadka uczniów podstawówki i im ten film chyba się spodobał: dwa razy z lewej strony słyszałem wyraźny śmiech. Znaczy: trafiło. Znaczy: dobrze się bawili. Jak na komedię – bardzo duży ładunek śmiechu!

O czym to jest? Ten film? O niczym. Zabili go, ale uciekł, potem znów go zabili, ale znów uciekł. Mniej więcej tak. Albert, nieśmiały producent telewizyjny, pożartowawszy sobie z własnym szefem z… product placementu w serialach – tak!!! – szuka dziewczyny poprzez portal randkowy. W sieci spotyka Barbarę, oboje podpisują się przybranymi imionami: Jacques i Simone. Wkrótce ma dojść do pierwszej randki, ale oboje boją się tego spotkania w realu i wystawiają dublerów – ona Ludmiłę, on Aleksa.

kolaz

Spotkanie w hotelu staje się zaczynem kryminalnej intrygi. Aleks zniknął! Podejrzany Kasprzykowski – bo widział Aleksa jako ostatni – szuka adwokata, znajduje Sonię Bohosiewicz, prawniczkę, nie podejrzewając, rzecz jasna, że to jego internetowa Simone. Intryga wije się jak makaron ryżowy w chińskiej restauracji, widzimy przemieszczające się po hotelu postaci, ale nie śmieszą nas ich perypetie, widzimy, jak aktorzy usiłują obronić scenariusz, którego nie da się uratować, oglądamy jak grają komedię po polsku.

Jak się gra komedię po polsku? Komedię taką gra się otóż w sposób karykaturalny, czyli przerysowany. Postać idioty nie może być postacią idioty sama z siebie – trzeba ją jeszcze „dograć”. Podkręcić. Być idiotą do sześcianu, żeby nikt nie miał wątpliwości: tak, to jest idiota. Trzeba dograć safandułę, przerysować histeryczkę, zrobić karykaturę z policjanta, kiedy nie broni roli ani dialog, ani sytuacja, ani vis comica aktora, ani nic. Trzeba zrobić śmieszną minę, koniecznie! Trzeba usta wykrzywić.

To jest mniej więcej tak samo jak z piersiami Weroniki Książkiewicz: nie mogą po prostu być tak piękne, ja piękne są. Nie! Trzeba je jeszcze dograć push-upem!

Nie rozumiem powodów, dla których reżyser Sławomir Kryński mruga do mnie okiem, kiedy wrzuca do filmowego dialogu prostackie aluzje do nepotyzmu w swojej branży, product placementu i słabej jakości gry aktorskiej – przecież on to wszystko zgromadził na własnym planie! Nawet aktorzy grają tak, jakby zostali obsadzeni po znajomości lub według rodzinnych koneksji. Może są z PSL, nie wiem, wiem tylko tyle, że komedii z nimi robić nie warto. Albo – nie warto, by pracowali z takim reżyserem, przy tak słabym scenariuszu.

Kto się broni w tym filmie? Marki się bronią. Najazd kamery na (bodaj) sześciopak Wyborowej przejdzie do historii polskiej kinematografii. Sposób, w jaki Rafał Królikowski myli cytrynę z Citroenem – wybitny. Pomysł na obsadzenie w roli głównej hotelu Polonia to jeden z najtrafniejszych reżyserskich wyborów, podobnie jak torba Organica (wspaniała kreacja!) i rewelacyjny w ujawnianiu nieposkromionych emocji ekran iMaca z portalem Sympatia.pl. Tu każdy recenzent musi pochylić czoło: dla takich doznań warto kupować bilety na polskie filmy!

fot. pz_6

Wyszedłem z kina nie zaśmiawszy się ani razu. Tani, płaski film, kilka planów, kilka wynajętych pomieszczeń, lichy warszawski Manhattan, zmarnowane próby nawiązania do „Dziennika Bridget Jones” i „Masz wiadomość”. Może jestem ponurakiem, może nie bawi mnie farsa po polsku, może stawiam aktorom, reżyserowi i scenarzyście zbyt wysokie wymagania, może powinienem być młodszy na takie kino, może nie umiem czytać misternej gry, przerysowań, gagów, niuansów; w takim razie – bardzo przepraszam, to się więcej nie powtórzy, nie dam się skusić na film tego reżysera.

TU PACZ TERAZ! Jedno się udało! Po filmie Kryńskiego mam większą wiarę w mecenat sztuki! Jeśli takie dziadostwo filmowe zdobywa budżety, jeśli na takie filmy ktoś daje pieniądze, pozwala to emitować, wspiera i nawet podpisuje się własnymi produktami, to znaczy – kryzysu nie ma! Niech żyje nam taki kryzys, który marnym reżyserom pozwala robić tandetne filmy! Brawo kryzys, brawo ten pan!

A film omijajcie z daleka. Chyba, że lubicie jak nabijają się z WAS, frajerzy, za wasze ciężko zarobione 26 złotych.

Do góry