Krawat kreuje męskość. I zabija korporację. Śmiechem.

25-01-2013, 14:27
Kategoria: 

Krawat kreuje męskość. I zabija korporację. Śmiechem.

Mam egzystencjalny problem z gatunku tych, które nie pozwalają zasnąć do rana: co bardziej przedłuża męskość – krawat czy duży samochód?

Mnie wychodzi, że samochód, choć nabieram wątpliwości, gdy widzę facetów z krawatami sięgającymi przyrodzenia. Tak się nosiła swego czasu Samoobrona: nie dość, że plątali sobie ohydztwo wokół szyi, to jeszcze spuszczali je daleko poza klamrę paska. W telewizjach był to widok przeuroczy i obrzydliwy zarazem: rozwalał się taki samoobrończyk w fotelu i zasłaniał krawatem jądra. A może je uwypuklał, przeciągając wzrok politycznej publiczności po całej długości krawata… no, no… dokąd on tam prowadzi, co jest na końcu…? Parę kobiet – jeśli wierzyć Marcinowi Kąckiemu i jego „Lepperiadzie” – zdołało sprawdzić.

A wracając do problemu: stając przed wyborem krawat czy samochód, zawsze będę uważał, że krawat dodaje urody, a samochód pieniędzy, co w łączy się w pewien komplet. Bez krawata na nagim torsie jesteś w aucie tylko wyliniałym playboyem ;-)

Temat krawatów wszedł mi pod pióro (haha, pióro!) po przypadkowym rzuceniu okiem na te oto wzory:

Fot. Kolaz_krawat_3

Ki czort, pomyślałem, jak się takie coś zakręca?!

Jednak bez internetu byłby człowiek po stokroć głupszy... W minutę znalazłem kilkadziesiąt stron poświęconych wiązaniu krawatów, kilkaset filmów o krawatach i z krawatami w roli głównej, kilka poważnych blogów poświęconych krawatowi jako ważnemu elementowi męskiej symboliki i jeszcze ze sto innych serwisów, w których krawaciarstwo to temat nr 1.

Wreszcie – jest! Znalazłem te kręciołki! W sumie to proste. Ten fantazyjny węzeł nosi nazwę Eldredge i proces jego tworzenia można zobaczyć w kilku miejscach. Polecam dwa poniższe:

W mojej garderobie doliczyłbym się pewnie setki krawatów. Większość powstała w czasach korporacyjnych, kiedy do szarości gangu dobierało się krawat w typie „szarość nędzarza” lub „czerwień przywódcy”, gorączkowo poszukując jakiejkolwiek formy zaznaczenia własnej odrębności.

Był taki czas, kiedy zakochałem się w krawatach, widząc w nich jedyną radość codziennego wbijania się w „ciuchy do pracy”. Garniak z gatunku standardowych, dobre buty – także w stylu obowiązującego dress code – koszula nienachalna (jakby to ujął prezes noszący wyłącznie białe), zegarek dyskretny, czym się było można wyróżnić?

TU PACZ! Jechałem w krawaty! Nie wyobrażasz sobie szoku korpochy na widok krawata w wielkie różowe słoniki! Lepsza od słoniowego krawata była jedynie mucha w czerwone słonie – nie dane mi było jej założyć: przyszła w paczce dokładnie dwa dni po tym, jak powiedziałem: dzięki, Kochana Firmo!

Fot. Mucha

Czasami jazda w krawaty była naprawdę przyjemna, mówię to serio, choć mam zakodowaną w głowie niechęć do krępowania się czymkolwiek. Krawaty, jeśli były ładne – a można kupić ładne, zwłaszcza w Italii – potrafiły robić wrażenie nawet na kolegach. Czasami bardziej mnie kręciło upolowanie jakiegoś oryginalnego krawata niż zakup nowej koszuli.

Teraz… trafiły do pudeł. Czekają, może kiedyś trzeba będzie spleść z nich linę ratunkową? Krawatów używam rzadziej, za to głównie do dżinsów, prostej koszuli i jednolitych kolorystycznie marynarek. Lubię te, które te pokazuję, choć większość z nich zapewne niewiele ma wspólnego z tzw. modą – ale moim zdaniem, moda na krawaty przejawia się głównie w kroju, bo wzorów jest w świecie bez liku. Podobają mi się krawaty z lnu, grubej tkaniny, raczej ciemne niż jasne, mniej krzyczące niż ja. No i  nie odciągające wzroku kobiet od mojego auta… :-)

Fot. Kolaz_kra_2

Do góry