Dzień świra, czyli jeden dzień z życia singla

19-01-2013, 09:10
Kategoria: 

Dzień świra, czyli jeden dzień z życia singla

Jesteś może singlem? Jak sobie radzisz? Nie, nie pytam o seks, nie chce mi się wchodzić w przestrzeń twojej intymności, pytam o sprawy doraźne, codzienne, najprostsze. Wstajesz – i co? Masz kota, któremu mówisz „Dzień dobry, kiciu”? Włączasz śniadaniową telewizję? Radio gadających o niczym didżejów? Komputer? Piszesz esemesa do firmy, że zaraz wychodzisz? Sprzątasz majtki z fotela, wiedząc, że i tak nikt po południu nie przyjdzie?

Parzysz kawę czy nie chce ci się i wolisz wypić w firmowej kuchni, przy ludziach? Ja nigdy nie parzyłem, biegłem do firmy, żeby usiąść z innymi, czasem zapalić coś na poranne ożywienie, zjeść kawałek bagietki – albo nic, tylko kawa.

Sprzątam. Nie wiem dlaczego, ale sprzątam. To znaczy nie ruszam się z domu zanim nie pościelę łóżka – kołdra równo, jak wygłaskana taboretem, to jeszcze nawyk z domu rodzinnego. Nie wyjdę zanim nie ułożę do pierwotnego stanu bałaganu na biurku. Mam bałagan, ale on musi mieć swoją normę. Zmywam kieliszek po winie. Potem kąpiel, zęby, golenie, perfumy, dezodorant, ciuchy, wylot. Chata z grubsza ogarnięta, chociaż…

Okna! Chce ci się myć okna? Szczerze, ile razy w roku? Ja dwa. Na wiosnę i po lecie. A kurz z półek, z podłogi? Codziennie? Nie? Ja – nie. Kurz jest częścią mnie, starzeje się razem ze mną, potem umiera na ścierce i znów się rodzi, i znów starzeje.

Masz panią do sprzątania? Polkę? Ukrainkę? Dwa razy poprosiłem o pomoc kobiety z zewnątrz. Nigdy nie miałem tak ładnie wyprasowanych koszul!!! Jak ona to zrobiła? Nie wiem, ale… Nie chciałem, żeby przychodziła częściej. To krępujące, dla mnie i dla niej. Wyobrażasz sobie, że pierzesz bieliznę obcych ludzi?

Czytałem taki tekst, dawno, chyba w reporterskim dodatku do Wyborczej. Mówiły kobiety, które sprzątają po domach. O zanurzaniu rąk w koszach z brudną bielizną, o stanie zabrudzenia majtek, o wynoszeniu prezerwatyw, o trzydniowych skarpetach, o sedesach, których nikt poza nimi nie myje, o widoku kibla po lewatywie. Jedno zdanie utkwiło mi w pamięci:

ONI CHYBA NIE WIDZĄ W NAS LUDZI.

Oni zleceniodawcy. Państwo zleceniodawcy. Oni, czyli my.

To mi się zbiegło w czasie, ten tekst i te usługi pani Natalii z Ukrainy. I powiedziałem – nie chcę. Od dawna piorę sam, to proste, choć ciągle najtrudniejsze jest rozwieszenie prania w taki sposób, by dało się potem „prawie nie prasować”. Niestety, trzeba prasować i to cisnąc żelazkiem w deskę z taką siłą, że podłoga pęka – a koszula i tak nie reaguje. Jasne, przecież wiem, się moczy, się kropi wodą z lawendowym zapachem i już wszystko wraca do normy, ale – to wydłuża czas! A kto by tam lubił prasować, znasz takich?

Gotujesz? Ja tak. Mało i po męsku, czyli niespecjalnie dbając o detale. Mieszam, co mam w domu i prawie zawsze się udaje. Dania bez nazw, kasza plus coś tam, albo papryka plus kawałek mięsa, kompletne fusion, bez zasad, choć z zachowaniem podstawowych norm – nie mieszam, nie żrę dużo, nie używam ciężkich tłuszczów, ograniczam mięso, cukier, cukierki, wafle, sól i mleko. Albo robię inaczej – układam na desce kawałki sera, chleb od Lubaszki, stawiam wino i ucztuję. Celebruję jedzenie jak nigdy. Przedtem miałem stałe stoliki w ulubionych knajpach, rytuał wychodzenia i włóczenia się od jednej do drugiej, żeby jak najpóźniej wrócić do domu. Teraz jest inaczej. Dłużej we własnej kuchni

Shopping? Żeby się zmęczyć i pobyć wśród ludzi? Zrobić niepotrzebne zakupy? Ja – często. Powłóczyć się, popatrzeć, napić się czekolady u Wedla, posłuchać ludzi, przejrzeć książki, ciuchy, płyty. I spacerem, nie śpiesząc się do domu. Z siatami lub bez. Godzina minęła, bliżej rana.

Wieczór? Załóżmy, że nie masz dziś żadnej imprezy, nie spotykasz się z nikim, nie zapraszasz nikogo. I – ? Telewizor? Projektor i DVD? Muzyka? Komputer? Gry? Fejs i życie po życiu? Porno? Krzyżówki? Książka? Wszystkiego po trochu? Pijesz piwo i nogi masz na ławie, bo kto ci zabroni, kiedy mama nie widzi? Obdzwaniasz przyjaciół? Gadasz przez godzinę o niczym? Wychodzisz na spacer, bo głucha cisza cię dobija? Siedzisz na balkonie i palisz bezmyślnie fajkę za fajką? Upijasz się? Szyjesz? Obrabiasz zdjęcia z wakacji? Robisz pazury na rano? Pracujesz?

Ja zabijałem ciszę pracą. W tle grała muzyka, zawsze miałem nad czym pracować, praca była częścią korporacyjnego rytuału: nie po to trafiasz do korporacji, żeby wieczorami się od niej uwalniać… Dłubałem więc bez przerwy, bez opamiętania. Z jednej strony: bo taka była potrzeba, a z drugiej: żeby nie zwariować. Kiedy bywałem sam, życie singla znajdowało swoje wybawienie w czterech kołach ratunkowych: alkoholu, jointach, pracy i seksie. Nie wiem, czy kolejność jest właściwa.

A wieczór prawdziwy, kiedy jest już po wszystkim, kiedy po kąpieli idziesz do łóżka, patrzysz w sufit, i wtedy? Spada na ciebie kot? Pies piszczy, że chce siku? Masz na ścianach i suficie przesuwające się jasne plamy – znaki przejeżdżających samochodów? Masz ciemnicę kompletną? Padasz poskładawszy wcześniej brudne ciuchy? Chce ci się? Gra radio, które udaje twojego chrapiącego partnera?

I znów jest rano… sprzątasz te majtki, rajstopy, skarpety, bluzki, koszule? Pijesz kawę? Włączasz coś…?

Nie masz wrażenia, że jesteśmy stałym elementem nieustającego dnia świra?

Do góry