7 powodów, dla których zostałem fleksitarianinem

26-01-2013, 09:10
Kategoria: 

7 powodów, dla których zostałem fleksitarianinem

Do fleksitarian dołączyłem przypadkiem, a właściwie nie wiedziałem nawet, że dołączam. Zaczęło się od badania lekarskiego i ostrego oświadczenia: tak, panie doktorze, obiecuję zmienić dietę. Nie sądziłem jednak, że zmienię sporą część własnego życia!

Fleksitarianizm był czymś w rodzaju projektu marketingowego w roku 1992, kiedy okazało się, że diety wegańskie i wegetariańskie tracą na znaczeniu – wymyślono więc nowy styl odżywania, do dzisiaj przez wielu określany mianem „kontrowersyjnego”.  Żartowano wówczas, że fleksitarianie siedzą na płocie odgradzającym wegetarian i wegan od mięsożerców…

W uproszczeniu jest bowiem fleksitarianizm dietą, która opiera się na spożywaniu mocno ograniczonej ilości mięsa i jego przetworów. Mięso zjada się okazjonalnie, podczas świąt albo tylko podczas wizyt w restauracjach – w domu zdecydowanie królują dania bezmięsne.

Na początku lat 90. koncepcja przeszła bez specjalnego echa. Cztery lata temu publicznie reaktywował ją Paul  McCartney wraz ze swoimi córkami i od tego czasu idea przeżywa wielki boom: uwaga! – aż 30 procent Amerykanów deklaruje swoją przynależność do zakonu fleksitarian. Czy to zatem tylko jedna z diet czy już styl życia?

Jeśli o mnie chodzi, znalazłbym co najmniej siedem powodów, dla których bycie jednym z fleksitarian jest dla mnie powodem do dumy. Chcesz je poznać?

  1. CZUJĘ SIĘ ZDECYDOWANIE LEPIEJ. A ma to ogromne znaczenie. Mięso i wędliny jem praktycznie tylko dwa-trzy razy w tygodniu, a do tego przestałem jeść wieprzowinę; jeśli już, to sięgam raczej po indyka (najzdrowsze mięso) i wołowinę, a zdecydowanie często – po ryby. Podczas pozostałych posiłków doskonale obywam się bez mięsa. Efekt? Nie choruję. Nie mam problemów z nadętym brzuchem. Nie mam problemów z – wybacz dosłowność – wypróżnianiem. Czuję się lżejszy, także w sensie formalnym: schudłem i trzymam wagę.
  2. JEM ZDROWO. Mięso i jego przetwory są bogate w tłuszcze nasycone, cholesterol i kalorie, a stąd prosta droga do otyłości, cukrzycy i nowotworów. Ale z drugiej strony dogmatyczny  wegetarianizm także ma swoje minusy, w końcu białko jest nam potrzebne pod różną postacią. Zwiększenie – kosztem mięsa – ilości spożywanych warzyw oznacza, że przyjmuję więcej błonnika, witamin i minerałów.
  3. JEST CIEKAWIEJ. Dlaczego? A wiesz, jak smakuje jajecznica na boczku po tygodniu postu? Albo krwisty stek cielęcy zjedzony raz w miesiącu? A wiesz, jak smakują te wszystkie gatunki soczewic, o których przedtem nie miałem zielonego pojęcia, jak smakują kasze i wszystkie rodzaje ryżu, które zwykle omijamy  na półkach? Mam co prawda bardzo uproszczony jadłospis – teraz króluje w nim papryka – ale za to starannie dobrany i smakowity. Jem ciekawiej niż kiedyś, szukam innych restauracji, piję inne napoje, robię sobie inne kanapki (odkryłem do nich kapustę kiszoną z żółtym serem i papryką), używam razowego chleba, który kiedyś kompletnie nie pasował mi do szynki. Ale za to z jaką radością jem w sobotę (to już rytuał!) bułkę dyniową z białej mąki i grubym plastrem prawdziwej, wiejskiej polędwicy! Weganie nie znają tego smaku i nie wiedzą nawet, jak wiele tracą!
  4. JEST MĄDRZEJ. Mogę chyba powiedzieć, że zabijam zdecydowanie mniej zwierząt niż kiedyś. Niby nic, ale przecież także o to chodzi. I o ekologię, o efekt cieplarniany, o te wszystkie hodowle, w których zwierzęta traktuje się nieludzko – ale nie po zwierzęcemu. To jest mądrzejsze, bo warzyw, owoców i w ogóle roślin jest na świecie znacznie więcej niż zwierząt i są bardziej dostępne. Wszystko, co ludzie mogą zrobić dla zmniejszenia uboju zwierząt na świecie, jest dobre i mądre.
  5. JEST TANIEJ. Niby nic, a jednak ma to znaczenie. Fleksitarianizm oznacza także oszczędności. Mniej kupuję mięsa, więcej warzyw. Kupuję na rynku, więc częściej płacę bezpośrednio producentowi niż wielkim korporacjom handlowym. Amerykanie uważają, że taka dieta może dać nawet 60 procent oszczędności w domowych budżetach – nie wiem, nie szacowałem, ale że jem taniej, to już dostrzegłem.
  6. MAM DWA NAJLEPSZE ZE ŚWIATÓW. Doskonałe warzywa przez cały tydzień i rewelacyjne pieczyste z indyka w niedzielę!
  7. NIE CZUJĘ SIĘ ELEMENTEM IDEOLOGII. Weganizm i wegetarianizm zawsze były dla mnie przesadnie naszprycowane jakimś ideologicznym farszem. To miało brzmieć dumnie, elitarnie, było jakąś formą moralnych wyżyn, na które my, mięsożercy, nigdy nie mogliśmy wstąpić. Oni nie wiedzieli ile tracą, nie znając smaku części naszych potraw, my – ci od mięsa – nie rozumieliśmy, że można robić filozofię ze spożywania marchewki. Fleksitarianizm łączy te dwa światy, niczego żadnemu z nich nie ujmując. Mówię sobie: zjem mięso, ale rzadko, od święta, bo doskonale wystarczają mi produkty, których wcześniej używałem rzadko. Albo wcale. I ta praktyczna równowaga bardzo mi odpowiada. Żadnych przegięć!

TU PACZ! Nie, nie dam się namówić na eksperymenty w rodzaju – będziesz jadł szynkę tylko na Wielkanoc, a musisz jeszcze spróbować jeść wodorosty, robaki i brzozową korę;  sorry, jestem za normalnością. Tak jak nie zostałem ichtiowegetarianinem, semiwegetarianinem, pollowegetarianinem, laktoowowegetarianinem, owowegetarianinem i frutarianinem, tak jednym z fleksitarian chcę pozostać z prawdziwą przyjemnością. I cieszy mnie, choć mam to szczerze w nosie, że jestem w jednym szeregu z Gwyneth Paltrow, Richardem Bransonem, Cameron Diaz, Joss Stone. Znaczy – jest nas więcej.

Paul! – zwracam się teraz do Paula McCartneya – zapisz więc sobie, że Jach Bindella pojawi się u was na kolejnym Meet Free Monday! Przywiozę z Warszawy kanapki z kiszoną kapustą od pani Heni!

Do góry