Jednodniówka w Norwegii? Za dwie dychy! Jak?

30-12-2012, 23:15
Kategoria: 

Jednodniówka w Norwegii? Za dwie dychy! Jak?

Jak się poluje, to się ma. Podróż w jedną stronę – 8 zeta, podróż z powrotem – 8 zeta…
i norweskie Bergen zaliczone. W grudniu, upiornym grudniu.

Już wiem, dlaczego oni dają takie upusty na loty WizzAir! Zimą pewnikiem nikt nie chce tam latać. Poza wielorybnikami, facetami z wiertni, ich spragnionymi zonami, mężami polskich pielęgniarek oraz wariatami takimi jak ja.

Wylatujesz z Gdańska o 10:10, na miejscu jesteś w samo południe, autobus wiezie cię do centrum 30 minut. Powrót następnego dnia o 20:45 albo cztery godziny wcześniej, ale nie warto. Warunek? Musisz mieć kartę członkowską Wizz Discount Club. Kosztuje 130 złotych na cały rok i daje ci natychmiastowy dostęp do niższych cen w liniach WizzAir.

Razem z tobą może podróżować do 9 znajomych, korzystając z obniżonych cen w ramach tej samej sesji zakupowej. Dostajesz od nich ekskluzywne promocje – oferty ważne tylko dla klubowiczów – i wtedy możliwe są loty po Europie za złotówkę lub niewiele drożej.

Oczywiście, czasami bywa i tak, że jednego dnia czujesz się wyróżniony, bo dostałeś ekskluzywna ofertę, a następnego – jest ona dostępna na wolnym rynku i twoje samopoczucie zjada wściekłość, bo wykupili ci bilety na pniu. Dobra rada: jeśli chcesz korzystać z promocji, reaguj natychmiast, albo odpuszczaj. Ważne też, jeśli chce się latać naprawdę tanio, by wybierać się w podróż wyłącznie z podręcznym bagażem. Mnie wystarcza mój plecak z aparatem i bielizną na zmianę, kobietom przyjdzie to trudniej… Ale trzeba ćwiczyć silną wolę!

Wizzair lata do Norwegii od dawna, ja skusiłem się na lot w końcówce grudnia, zamówiwszy jeden z najlepszych hoteli w Bergen – i tu niespodzianka: było pustawo. Kryzys czy co, nie wiem, w każdym razie miejsc było dużo, ludzie dopiero mieli zjeżdżać na Sylwestra, a po świętach w Bergen nie widziałem prawie ani jednego Polaka. To się nazywa mieć fart!

TU PACZ: CZY BYŁO WARTO? W sensie podróżniczym tak. Odwiedziłem najlepszą lokalną restaurację o dźwięcznej nazwie Zupperia, oferującą chyba wszystkie europejskie zupy – a może się nie znam? W każdym razie wieczorna atmosfera w tej knajpie w niczym nie przypomina atmosfery studenckiego baru mlecznego, Norwegowie wcale nie są tam cisi i wcale nie milczą, wręcz przeciwnie: słyszałem nawet ich trwający przez pięć minut śpiew. I była to, sądząc po rechocie, sprośna piosenka, a nie „Cicha noc”. Wiecie, co to jest, kiedy śpiewa setka mrukliwych zwykle Norwegów? To jest SZCZĘŚCIE!

Nocne zdjęcia z Bergen są fascynujące, wkleję je tu przy innej okazji, ponieważ dużo ciekawiej było następnego dnia. Wynająłem fajną hondę (a zapomniałem napisać, że śniadanie było tak królewskie, jak tylko mogą być królewskie śniadania w najdroższym hotelu najdroższego państwa Europy!) i pojechałem w stronę fiordów.

Dżizas… Co mnie pchnęło w tę nienawistną człowiekowi krainę! Dobrze było tylko przez pierwszych osiemdziesiąt kilometrów, kiedy jadąc ekspresową drogą mijałem jeszcze jakieś samochody, nawet w dużej liczbie. Im bardziej zjeżdżałem w stronę lokalności, tym bardziej, jak u Puchatka, ludzi tam nie było… Aż wreszcie dojechałem na kraj świata, drogą na Undreddal i to, co tu widać, to był ostatni kawałek cywilizacji, który zobaczyłem…

Droga do Undreddal.jpg

Chciałem dojechać do Sognefiord i dostałem za swoje… Zrobiło się pusto, głucho, droga numer 601 z czarno-białej przeszła w białą, następnie zamieniła się w szlak polowy wytyczony wysokimi na dwa metry palikami – szczęściem, że ktoś przede mną musiał po bohatersku pokonać tę trasę, bo bałem się jak diabli. Ale GPS działał, komórki również. Więc strach nie paraliżował. Ale był.

I teraz tak: jeśli zapytacie mnie, dokąd dojechałem, odpowiem po ludzku – NIE WIEM. Było tak ponuro, tak smutno i pusto, że aż przepięknie. Gapiłem się w te wielkie skaliste ściany jak sęp na padlinę, nie wiedząc, zostać jeszcze czy już wracać. Latem musi tam tętnić życie, zimą, cholera, życia jakby im ubywało…

Kolaż zdjęć nie pokazuje ani potęgi przyrody, ani mroku, ani tej ciszy – chciałem oddać jedynie surowość klimatu i… pokazać lodówkę. Ustawioną gdzieś w podrzędnym barze, czekającą na lepsze czasy, bo kto by tam – poza mną, szaleńcem – chciał napić się odrobiny whisky z wielką ilością lodu… Genialne, choć niebezpieczne, ale jeśli siedzisz nad skrawkiem fiordu trzy godziny i nie wiesz co począć dalej, idealne rozwiązanie.

Wróciłem zahaczywszy o miasteczko Flåm położone nad Aurlandsfjordem, słynne ze spektakularnej kolejki, która pnie się pod górę w sposób najbardziej stromy na świecie, ale zabrakło mi czasu, by się nią przejechać do stacji docelowej w Myrdal – nie byłoby stamtąd jak wrócić. Ale obiecałem sobie, że letnią porą muszę tam dotrzeć, bo widoki są pyszne.

Co było dalej? Długi przejazd w ciemnościach do Bergen, do ludzi – powitały mnie w lotniskowym sklepie norweskie panny w czerwonych ubrankach, idealne dla samotnego mężczyzny. Potem samolot, Gdańsk Wałęsy i auteczkiem do Warszawy. Czy było warto? Jasne, że było! Lubię swoje towarzystwo, gdy chcę odpocząć, namyślić się, uciec od ludzi. Nad fiordami udaje się to nadzwyczaj łatwo. Tylko ten cholerny, ponurzasty grudzień…

Norway 2

Tagi: 
Do góry